Strona startowa | O mnie | Blog | Linki | Napisz do mnie
 
A to ja
 

Marek Szewczyk fot. Włodzimierz Sierakowski


Marek Szewczyk

Reklama

« 1 ... 29 30 31 (32) 33 34 »
Nadesłany przez Marek Szewczyk 8.01.2014, 13:14:56 (1801 odsłon)

Nieczęsto mam okazję, aby na tych łamach kogoś czy coś pochwalić. Z tym większą przyjemnością to zrobię, a jest za co. Pisałem kilka dni temu o problemie badań lekarskich w jeździectwie, a tymczasem okazuje się, że się spóźniłem.

Czytaj więcej... | 1387 znaków więcej | Komentarze?
Nadesłany przez Marek Szewczyk 7.01.2014, 16:20:13 (4691 odsłon)

Wszyscy, którzy uprawiają sporty jeździeckie, a także sędziowie, wiedzą, jak uciążliwym obowiązkiem jest konieczność przeprowadzania co pół roku badań lekarskich. Czy aby jednak faktycznie dorośli ludzie muszą się badać co pół roku?

Weszła w życie nowa ustawa o sporcie i następujące po niej rozporządzenia wykonawcze, a my – czyli środowisko jeździeckie – nadal posługujemy się dawnym, utartym schematem: badać się trzeba co pół roku! A może wystarczy raz na rok?

Bo to, że w ogóle trzeba się badać, nie ulega wątpliwości w świetle obecnie obowiązującej ustawy o sporcie (w poprzedniej także). Ale gdzie jest napisane, że co pół roku?

Czytaj więcej... | 7863 znaków więcej | Komentarzy: 3
Nadesłany przez Marek Szewczyk 2.01.2014, 16:25:24 (2664 odsłon)

Prasa podaje, że od 1 stycznia kolejne zawody (z drugiej transzy) zaczynają podlegać ustawie deregulacyjnej. Te zawody, które nas, koniarzy, interesują, czyli instruktor sportowy oraz trener, zostały zderegulowane, czyli de facto zdegradowane 23 sierpnia 2013 roku.

Co to oznacza w praktyce dla jeździectwa (a także dla innych sportów)? Jak można próbować przeciwdziałać skutkom tego bubla prawnego, jakim jest upośledzony płód byłego ministra sprawiedliwości, Jarosława Gowina? Warto zobaczyć, jak sobie radzą z tym problemem inne związki sportowe.

Czytaj więcej... | 4531 znaków więcej | 1 komentarz
Nadesłany przez Marek Szewczyk 13.12.2013, 16:33:15 (2157 odsłon)

Na tym blogu czytelnicy mogą znaleźć teksty o nieprzyjemnych przypadkach z polskiego jeździectwa, o zawodnikach stosujących doping i o jeźdźcach, którzy oszukiwali innych, pośrednicząc w handlu końmi. Słabym „pocieszeniem” będzie to, że takie przypadki zdarzają się na całym świecie. A ostatnio wydarzyły się na samych szczytach. 

Pierwszy z nich (chronologicznie) dotyczy nowozelandzkiego wukakawisty Jonathana Pageta, który w sierpniu wygrał na koniu Clifton Promise CCI**** w Burghley. Straci jednak ten tytuł i będzie musiał oddać nagrody rzeczowe i pieniężne, gdyż u jego konia  wykryto niedozwoloną substancję.

Drugi przypadek dotyczy aktualnego wicemistrza Europy w skokach przez przeszkody, zawodnika, który przez kilka miesięcy był nr 1 rankingu FEI. Ben Maher został oskarżony przez swoich wieloletnich sponsorów o to, że ich oszukał przy sprzedaży koni na 700 tys. funtów szterlingów! Jako pierwszy w Polsce poinformował o tym portal „tylkoskoki”.

Czytaj więcej... | 12141 znaków więcej | 1 komentarz
Nadesłany przez Marek Szewczyk 2.12.2013, 14:51:03 (3121 odsłon)

Dlaczego transmisji z zawodów jeździeckich rozgrywanych w Polsce jest w polskiej telewizji mało, a w każdym razie mniej niż byśmy oczekiwali?

Dlaczego o sukcesach polskich jeźdźców i powożących – bo choć jest ich niewiele (sukcesów, oczywiście), ale się pojawiają – nie można przeczytać w gazetach sportowych, ani na sportowych kolumnach gazet codziennych?

Dlaczego Szwedzi dziwili się, kiedy w 1995 roku komentowałem z Göteborga finał Pucharu Świata w skokach dla polskiej telewizji? A ja dziwiłem się wówczas ich zdziwieniu?

Kto z Państwa płaci abonament radiowo-telewizyjny? I co to ma do kwestii obecności jeździectwa na antenie TVP?

Na te pytania postaram się odpowiedzieć, a sprowokował mnie do tego Włodzimierz Uchwat swoim wystąpieniem podczas zjazdu sprawozdawczego PZJ. Postawił bowiem wniosek, aby stworzyć stanowisko dla osoby, która miałaby za zadanie doprowadzić do tego, że sport jeździecki pojawi się w TV w szerokim wymiarze. A podstawą do takiego „żądania” jest to, że – zdaniem pana Włodzimierza – polskie skoki przez przeszkody mają już nie jednego Adama Małysza, a kilku.

Zazdroszczę panu Włodzimierzowi wielkich pokładów entuzjazmu i optymizmu, ale w tej drugiej kwestii to – jak to mówi młodzież – przegiął. Ale zostawmy ten wątek. Skupmy się na pozostałych.

Czytaj więcej... | 12195 znaków więcej | Komentarzy: 2
Nadesłany przez Marek Szewczyk 1.12.2013, 11:26:49 (1975 odsłon)

Delegat na zjazd Polskiego Związku Jeździeckiego to osoba, która ma reprezentować poglądy i interesy ludzi, którzy go wybrali na tę funkcję, i sprawiać, aby jeździectwo rozwijało się w dobrym kierunku. Ale to też osoba, której uczciwość i moralność powinna być chociaż na standardowym poziomie. 

Czytaj więcej... | 1000 znaków więcej | Komentarzy: 3
Nadesłany przez Marek Szewczyk 19.11.2013, 23:54:23 (3483 odsłon)

Od orzeczenia Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (TAS) działającym przy PKOL minęło 4 miesiące, a ja dopiero teraz o tym piszę. Dlaczego? Bo musiałem ochłonąć. Potrzebowałem czasu, aby nabrać nieco dystansu. Jak wiadomo, emocje nie są dobrym doradcą, a trudno w tej sprawie zachować spokój. Trudno być spokojnym, kiedy się widzi, że prawda przegrywa, gdyż do akcji wkroczyło… prawo.

 

9 lipca 2013 roku TAS wydał werdykt w sprawie skargi Piotra Jacka Tokarskiego na uchwałę zarządu Polskiego Związku Jeździeckiego z dnia 10 stycznia 2012 r., utrzymującą w mocy orzeczenie Komisji Prawa i Dyscypliny PZJ z dnia 19 kwietnia 2011 r. TAS orzekł, że sprawa uległa przedawnieniu, gdyż: przedawnienie orzekania w sprawach dyscyplinarnych następuje w trzy lata od popełnienia przewinienia. W związku z powyższym Trybunał przyjął, że orzeczenie w niniejszej sprawie powinno zostać wydane w nieprzekraczalnym terminie trzech lat od dnia zdarzenia, tj. do 20 kwietnia 2011 r.

O jaką sprawę chodzi? Właśnie, minęło tyle lat, że niektórzy już zapomnieli o co chodzi, trzeba więc przypomnieć najważniejsze fakty. 

Czytaj więcej... | 23156 znaków więcej | Komentarzy: 7
Nadesłany przez Marek Szewczyk 7.11.2013, 17:03:51 (3466 odsłon)

Postanowiłem dowiedzieć się, co słychać w sprawie Jacka K. Czy sąd zajął się tą sprawą? Czy zapadło już jakieś rozstrzygnięcie? Niestety, w biurze PZJ nikt nic na ten temat nie wiedział. Mało tego, powiedziano mi, że skoro nie ma żadnego śladu w dokumentach (?), to zapewne nie ma żadnej sprawy sądowej. Na szczęście znalazłem w swojej dokumentacji, którą zabrałem ze sobą odchodząc z redakcji „Konia Polskiego”, pismo, z którego wynika czarno na białym, kiedy sekretarz generalny PZJ, Michał Wróblewski, złożył doniesienie do prokuratury „o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 270, par. 1 kk. przez Jacka K.”

Zanim jednak rozwinę ten wątek, należałoby przypomnieć tym, którzy już nie pamiętają, a wyjaśnić tym, którzy nie wiedzą -  o co chodzi. A chodzi o człowieka, który używał tytułu „trenera klasy mistrzowskiej” na podstawie sfałszowanego dokumentu.

Szczegółowo ta sprawa została opisana w majowym numerze „Konia Polskiego” z 2011 roku w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Nemezjuszem Kasztelanem, ówczesnym prezesem Lubuskiego Związku Jeździeckiego. Przypomnę zatem w skrócie o co chodziło.

Czytaj więcej... | 14544 znaków więcej | Komentarzy: 2
Nadesłany przez Marek Szewczyk 7.11.2013, 16:25:44 (7091 odsłon)

Ten tekst ukazał się 21 stycznia 2013 roku na stronie internetowej "Konia Polskiego" w rubryce "blog". Jestem autorem tego tekstu, a przypominam go, gdyż w niektórych punktach sprawa Armstronga zawiera takie same wątki, jakie pojawiają się w dwóch nieprzyjemnych sprawach w polskim jeździectwie. O jednej - Jacka K. - piszę w następnym tekście, pt. "Śmiać się czy płakać". O drugiej - Piotra Jacka T. - niebawem.

Marek Szewczyk

 

Nazwisko Armstrong rozsławiało wielu Amerykanów. Czarnoskóry Luis Armstrong - grą na trąbce i charakterystycznym zachrypniętym głosem (nawiasem mówiąc, czy wiedzieli Państwo, że miał artystyczny pseudonim Satchmo – ta nazwa kojarzy się zapewne koniarzom bardziej z koniem Isabell Werth). Neil Armstrong - tym, że pierwszy stanął na księżycu, a do tego powiedział sławne słowa: to jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości. Lance Armstrong - wyczynami na rowerze i tym, że wygrał walkę z rakiem.

Oba te osiągnięcia sprawiły, że był idealnym kandydatem na bohatera mediów. I stał się nim. Zwłaszcza w latach 1999-2005, gdy siedem (!) razy z rzędu wygrywał najtrudniejszy wyścig kolarski na świecie – Tour de France.

Ostatnio jego nazwisko znowu jest na ustach wszystkich. Wywiad, jakiego udzielił Oprah Winfrey bije rekordy oglądalności. I nic dziwnego. Jeśli jeden z najsłynniejszych sportowców świata latami zaprzeczał podejrzeniom, że niezwykłe sukcesy zawdzięcza nie tylko pracy i talentowi, ale przede wszystkim dopingowi, a teraz po raz pierwszy publicznie powiedział: Tak, brałem! – to wszyscy chcą to zobaczyć, usłyszeć na własne uszy.

Obejrzałem ów długi, podzielony na dwie części wywiad w polskojęzycznej wersji na kanale Discovery. Niestety, jego wydźwięk jest pesymistyczny. A cała sprawa - charakterystyczna dla współczesnego sportu, choć jest pewien nowy, niespotykany do tej pory, przynajmniej na taką skalę element. Ale po kolei.

Czytaj więcej... | 16145 znaków więcej | Komentarze?
Nadesłany przez Marek Szewczyk 28.10.2013, 18:12:58 (2012 odsłon)

 

W pewnym księstwie, leżącym niedaleko Cedyni, gdzie Mieszko I stoczył zwycięską bitwę o ujście Odry z margrabią Hodonem, rządził Książę Nieobecny. Tak nazwał go lud, bo Książę ów wolał mieszkać na wschodnich rubieżach Cesarstwa Niemieckiego niż w swojej stolicy. Na dodatek od zajmowania się swoim ludem odciągały go obowiązki, jakie powierzył mu Król Polski na swoim dworze. Obowiązki reprezentowania interesów tegoż Króla na dworze Cesarza. Podróżował więc często Książę Nieobecny między Cesarstwem Niemieckim a stolicą Polski, lud swój zaniedbując coraz bardziej.

W zastępstwie Księcia Nieobecnego poddanymi rządził Książę, któremu lud nadał przydomek - Pazerny. Ten mizernej postury, ale bardzo przedsiębiorczy i zmyślny Książę był władcą bardzo sprawnym. Miał jeden szczególny talent. A mianowicie potrafił sprawić, że talary z Cesarstwa Niemieckiego płynęły szerokim strumieniem do rządzonego przez niego księstwa. Kluczową sprawą dla tej bajki było to, na co owe talary były wykorzystywane. A wykorzystywane były przede wszystkim na potrzeby dworu. Książę rozmiłowany był bowiem wielce w turniejach rycerskich, a więc dużym kosztem wybudował piękny plac, gdzie rycerze mogli się potykać na ostro. Jednym z walczących na kopie na tym budzącym podziw placu był delfin, syn księcia. Nie bez sukcesów. Rycerze nie tylko często walczyli w stolicy swego księstwa, ale nierzadko też także wyjeżdżali na gościnne tournée do Cesarstwa Rzymskiego na zaproszenie i koszt samego Cesarza. A zaproszenia od Cesarza sobie tylko znanymi sposobami zdobywał Książę Pazerny.

Dwór rósł w siłę, rycerze zaprawiali się w potyczkach, książęta byli ukontentowani. Ale lud nie. Im tych talarów z Cesarstwa Niemieckiego skapywało tyle co kot napłakał. Im kto dalej żył od stolicy księstwa, tym mniej ich widział. Burzyli się prostaczkowie, oj burzyli, ale na gadaniu po kątach się kończyło. Ale dopóty dzban wodę nosi, dopóki ucho się nie urwie. 

Czytaj więcej... | 6685 znaków więcej | 1 komentarz