Kto zabił El Doradę i Wachlarza, czyli rzecz o hipokryzji

Data 11.10.2018, 0:10:00 | Temat: Felietony

Po raz pierwszy robię coś takiego – publikuję tekst, który dla czytelników będzie anonimowy. Bo jest to tekst, jaki przesłali mi z prośba o opublikowanie pracownicy Stadniny Koni w Michałowie. Nie chcą jednak ujawniać swoich nazwisk, bo wiadomo, w Polsce rządzi ,,dobra zmiana’’ i ludzie po prostu boją się. Minister Jan Krzysztof Ardanowski może przestać być ministrem, a jak PiS będzie rządził dalej, to nie wiadomo, co jeszcze może się wydarzyć, w tym wypadku w państwowej hodowli koni czystej krwi arabskiej.
 
Swego czasu czasopisma zamieszczały listy od czytelników z adnotacją: ,,imię i nazwisko autora znane redakcji’’, a więc w tym wypadku: imiona i nazwiska autorów są mi znane. To ważne wyjaśnienie, bo potwierdzam, że opis sytuacji pochodzi z wiarygodnego źródła. Jest to opis naocznych świadków tych wydarzeń.

Marek Szewczyk


Wiele osób ze zdumieniem zapewne przeczytało debiutancki wpis Hanny Sztuki w nowej roli blogerki portalu polskiearaby.pl. Głównym tematem była jedna z pierwszych decyzji nowej p.o. prezesa SK Michałów, a mianowicie eutanazja klaczy DAMA PIK. Pani Sztuka z właściwą sobie egzaltacją używa tam w odniesieniu do całej sytuacji terminów takich jak „zbrodnia”, „pluton egzekucyjny” czy „brak szans na ułaskawienie”. Przeanalizujmy więc dokładnie tę wypowiedź i stwierdzenia w niej zawarte.

DAMA PIK wykarmiła i odchowała ogierka DEL RIO bez większych problemów.

Czy karmienie na leżąco i jakikolwiek brak kontroli nad behawiorem źrebięcia oznacza „brak większych problemów”, to raczej należało by określić tą sytuację: odchowała źrebaka, choć nie bez problemów, zwłaszcza, że ogierek został odsadzony przedwcześnie ze względu na zły stan zdrowia matki.

Klacz wychodziła na krótkie spacery, nie miała odleżyn i nie chorowała.

Wyprowadzanie Damy Pik na owe „spacery”, które notabene odbywały się w głębokim piachu przed stajnią (w którym zwykle natychmiast po wyjściu się kładła) było łamiącym serce doświadczeniem. Klacz na przejście kilkudziesięciu metrów po stajennym korytarzu potrzebowała kilku minut, ostrożnie stawiając całkowicie sztywne w stawach nadgarstkowych (z powodu degeneracji ścięgien) kończyny przednie i dosłownie wlokąc za sobą kończyny tylne. Sytuacji nie ułatwiał żywy charakter ogierka, który naturalnie miał wieczną ochotę na zabawę i dużą potrzebę ruchu.
 
Być może pani Sztuka nie zauważyła lub zapomniała, ale u Damy Pik widoczne były bardzo wyraźne odleżyny. Na dodatek klacz wykazywała tak mało chęci ruchu, że nawet kał oddawała w pozycji leżącej, a więc przez większą część czasu leżała we własnych odchodach.
 
Stwierdzenie o „niechorowaniu” jest zbyt ogólnikowe, by się do niego odnieść. Przewlekły ochwat z rotacją kości kopytowej i zmiany degeneracyjne ścięgien nie towarzyszą jednak zwykle dobremu stanowi zdrowia.

Podawane środki przeciwzapalne i przeciwbólowe skutecznie poprawiały komfort życia klaczy.

Sama obserwacja behawioru pozwalała stwierdzić, że do komfortu życia Damie Pik jest bardzo daleko. Tym bardziej, że podawanym środkiem przeciwzapalnym był między innymi Danilon, w ilości 20 mg/dobę. Takie rozwiązanie stosowano przez… co najmniej kilka miesięcy! Jeżeli klacz nie miała w tym czasie wykonywanych kompleksowych badań gastrologicznych i nefrologicznych, to mówienie o poprawie komfortu jest po prostu nieuprawnione.
 
I na koniec krótka refleksja: pani Sztuka w swoim felietonie stawia dwie tezy. Pierwsza z nich opiera się na przekonaniu, że eutanazja Damy Pik była „zabójstwem”, nieludzkim czynem zrodzonym z bardzo niskich pobudek. Druga zaś – iż przez zabicie klaczy utracono cenny materiał genetyczny. Co do drugiej tezy – oczywiście zgoda. Jednak w zarządzaniu stadem, zwłaszcza tak dużym jak michałowskie, nieraz trzeba podejmować trudne decyzje takie jak ta. Zwłaszcza, jeżeli zgodne są z zasadami humanitarnego traktowania zwierząt. Taką wiedzę zyskują studenci pierwszego roku na propedeutyce zootechnicznej – tego kursu pani Sztuka niestety nie odbyła. Mówienie o tym, że klacz „chciała żyć” jest dalece idącą hipokryzją i kojarzy się dobitnie z narracją fundacji ratujących zwierzęta, które do ratowania się po prostu nie nadają.

A skoro już o hipokryzji mowa…

Dokładnie 6 grudnia 2016 r., czyli zaledwie po dwóch miesiącach po objęciu przez p. Sztukę stanowiska dyrektorskiego, uśpiono klacz EL DORADA. Ciężki ochwat nie dający rokowań na poprawę, codzienne cierpienie klaczy, której jedyną radością były krótkie spacery przed stajnią, wśród całej załogi budził myśl o konieczności uśpienia. Pani Sztuka jednak, chcąc za wszelką cenę wykazać się na nowym stanowisku, postanowiła walczyć – zwłaszcza, że jeden z pracowników uświadomił jej, że na niej spoczywa odpowiedzialność za losy klaczy. Do El Dorady zaczęli być sprowadzani najróżniejsi lekarze z całej Polski (za późno teraz na dywagacje, czy decyzje o ciągłych ich zmianach były słuszne). Niestety, po wyczerpaniu wszystkich sposobów, które oczywiście z góry były skazane na porażkę, klacz została uśpiona. Nikt wtedy nie mówił o „plutonie egzekucyjnym” czy „zbrodni”, choć strata hodowlana była również ogromna.
Być może pani Sztuka wymazała już tę analogiczną sytuację z pamięci, ale na jej nieszczęście żyją jeszcze świadkowie tamtych zdarzeń.
 
Nie było to jednak jedyne „kontrowersyjne” padnięcie konia, które przez zarząd Macieja Grzechnika zostało poniekąd zamiecione pod dywan. Pewnego wrześniowego weekendowego poranka Pani Hanna Sztuka robiła obchód stadniny w towarzystwie swojego psa Henia. Regulamin stadniny mówi o tym, że nie może pies biegać po niej luzem i stwarzać zagrożenia dla ludzi i zwierząt, a tym bardziej płoszyć koni, bo to one są tutaj najważniejsze. Przed stajnią 1-2 chodził ogier Wachlarz. Pies Henio uwziął się na biednego staruszka (27 lat) i tak długo latał za nim po wybiegu, że ogier w końcu… padł jak długi przed stajnią. Bez zbytniego przejęcia polecono zapakowanie konia na przyczepę, z której wkrótce został odebrany przez firmę utylizacyjną „Zbiornica Skórzec”. Na stronie stadniny jest tylko krótka notatka o odejściu tego epokowego ogiera.
 
Zakończmy więc słowami samej pani Sztuki, napisanymi 29 lutego 2016 r.:

(…) kalanie własnego gniazda jest dla mnie niewyobrażalną podłością. Panowie i Panie – tajni współpracownicy „dobrej zmiany” (…) Zapewniam Was, że My ludzie którzy możemy bronić naszej polskiej hodowli jedynie piórem zadbamy o to aby nigdy o Was nie zapomniano. Pamiętajcie! Co się napisze atramentem, tego nikt nie wyrąbie toporem. Doczekacie się wyroku historii!




Ten artykuł pochodzi ze strony HipoLogika Marka Szewczyka
http://hipologika.pl

URL tej publikacji:
http://hipologika.pl/modules/news/article.php?storyid=362