Zapędzanie dżina do butelki

Data 25.01.2015, 15:40:00 | Temat: Felietony

Jedną z pierwszych decyzji zmienionego na listopadowym zjeździe zarządu PZJ była zmiana cennika opłat. Jej najistotniejsza część to obniżenie opłat od klubów na rzecz PZJ (i rejestracyjnych dla nowych, i corocznych dla już istniejących), a poważne podwyższenie opłat (rejestracyjnej i corocznej) dla „zawodników bez przynależności klubowej - BPK.” Sprawa ta – jak można się było spodziewać – wywołała wiele kontrowersji w środowisku. Na portalu „Świata Koni” toczy się w tej sprawie ożywiona dyskusja. Powody tej decyzji zarządu tłumaczył w wywiadzie tamże prezes PZJ Łukasz Abgarowicz. Pozwolę sobie i ja przedstawić swoje zdanie w tej sprawie. A nie jest ona prosta. Nie da się jednoznacznie ani poprzeć decyzji nowego zarządu PZJ, ani jej potępić. Ten medal ma dwie strony i wiele aspektów.


Ewenement

Mało kto ma świadomość, że Polski Związek Jeździecki jest ewenementem z instytucją BPK. I to ewenementem zarówno w światowym jeździectwie, jak i w polskim sporcie. Może jeśli chodzi o jeździectwo to poprzestańmy na Europie, bo tak naprawdę nie wiem, jak jest w USA czy w krajach azjatyckich, ale w europejskich funkcjonuje to tak. Jeśli ktoś chce startować w zawodach uznawanych przez rodzimą federację jeździecką, musi być członkiem klubu zrzeszonego w tejże federacji. Pisałem już zresztą o tym w tekście pt. „O zmianach w statucie PZJ”, przytaczając wyjaśnienia, jakich mi dostarczył Nemezjusz Kasztelan, członek zarządu PZJ ds. kontaktów międzynarodowych.  Na wszelki wypadek je przypomnę co napisał:

 

W Niemczech obowiązuje absolutny obowiązek przynależności klubowej. To samo dotyczy innych znanych mi federacji europejskich (Austria, Portugalia, Francja, Hiszpania, Dania, Holandia, Szwecja). Rozmawiałem na ten temat z przedstawicielami tych federacji na ostatnim spotkaniu EEF w Lozannie. Z wyjątkiem Portugalii i Hiszpanii (nie ma tam organizacji regionalnych), wszędzie obowiązuje schemat: klub-federacja regionalna-federacja narodowa. Istnienie pojęcia BPK tam nie istnieje i wyrażono nawet zdziwienie, że pozwalamy takim zawodnikom startować w zawodach.

 

Podobnie jest w innych sportach w Polsce. Ktoś kto nie jest członkiem jakiegoś klubu, nie wystartuje w zawodach organizowanych czy uznawanych przez dany Związek Sportowy. Są jednak dwa rodzaje wyjątków. 

Niektóre związki sportowe mają instytucję BPK, ale tylko na użytek konkretnych sytuacji. Kiedy zawodnik jest w trakcie zmiany barw klubowych i już nie reprezentuje starego, a jeszcze z jakichś powodów nie może być pełnoprawnym członkiem nowego. Aby nie tracił możliwości brania udziału w zawodach, może startować jako BPK, ale ta „przejściowość” ma konkretne obwarowania prawne i czasowe. 

 

Drugi wyjątek, to imprezy masowe. Przykładowo, do zawodów w biegach narciarskich uznawanych przez Polski Związek Narciarski, a rozgrywanych na dystansach np. 5 czy 20 km, nie zostanie dopuszczony nikt, kto nie jest członkiem klubu zrzeszonego w PZN, ale w przypadku takiej imprezy masowej, jak np. Bieg Piastów, jest inaczej. Mogą w niej wziąć udział zarówno członkowie klubów, jak i osoby nigdzie nie zrzeszone. Jedynym warunkiem koniecznym, jaki trzeba spełnić, jest podpisanie oświadczenia, że startuje się na własną odpowiedzialność. To w przypadku pełnoletnich, gdyż niepełnoletni muszą mieć jeszcze zgodę rodzica lub opiekuna prawnego, którą to zgodę ów rodzic lub opiekun musi jeszcze potwierdzić osobiście w biurze zawodów w momencie weryfikacji zawodnika. Podobnie wygląda sytuacja w lekkiej atletyce – tylko w biegach maratońskich lub masowych biegach ulicznych czy terenowych mogą brać udział zawodnicy nigdzie nie  zrzeszeni. Dlaczego tak się dzieje? Powodem jest owa masowość. Przykładowo w ostatnim Biegu Piastów (kilka różnych dystansów) wzięło udział ok. 6000 osób!

 

Nie znają BPK

Dla mnie informacja, że w Niemczech, czy innych krajach zachodnich, nie ma instytucji BKP, była zaskoczeniem. Wydawało mi się, że gdzie jak gdzie, ale tam gdzie kapitalizm jest wyżej rozwinięty niż u nas, gdzie liczba ludzi jeżdżących na koniach będących prywatną własnością jest dużo większa niż u nas (i w liczbach bezwzględnych, i proporcjonalnie), gdzie instytucja pt. klub sportowy w takim rozumieniu, jaki pamiętamy z czasów słusznie minionych, już dawno odeszła do lamusa, przymus należenia do tegoż klubu nie może mieć racji bytu. A jednak jest inaczej. Jeszcze raz przytoczę to co napisał Nemezjusz Kasztelan:

  

Tak jak już pisałem, wymóg rejestracji klubowej jest w Niemczech absolutnie obowiązkowy. Różnica w klubach lub stajniach polega na tym, że te, które mają licencjonowanego trenera, obiekty, przeszkody itd., mają certyfikat FN (podobnie jak i u nas). Są jednak kluby i stowarzyszenia, które tych warunków nie spełniają i zawodnicy tworzą je samodzielnie. Mają w pewnym sensie wirtualny klub z władzami i statutem, ale nie mają konkretnego miejsca, w którym trenują. Każdy trenuje indywidualnie i występuje w barwach tego "klubu". Klub jest zarejestrowany poprzez związek regionalny w FN w Warendorfie. Bardzo często wysokość składek klubowych pokrywa tylko opłatę licencyjną związku. W małych miejscowościach powstają tak zwane "Ländliche Reitvereine", które skupiają chętnych z określonego regionu. Niewiele jest klubów, które zatrudniają trenerów na etacie. Jeżeli zawodnicy chcą mieć trening z prawdziwego zdarzenia, to po prostu płacą trenerowi indywidualnie za umówione treningi i konsultacje. Tak więc pojęcie klubu i trenera w nim pracującego ma tutaj nieco inne znaczenie niż w Polsce. Jedynym przywilejem przynależności klubowej jest możliwość startowania na zawodach i zdobywanie poprzez osiągane wyniki wyższych licencji sportowych. Zasady te nie dotyczą pierwszych odznak jeździeckich (do brązowej klasy IV włącznie), które można zdobyć bez przynależności klubowej na organizowanych przez stajnie lub kluby kursach. Nie daje to jednak prawa startu w zawodach.

 

Geneza BPK

Jak widać sytuacja w Niemczech jest bardzo podobna do tego, co obserwujemy w Polsce. Jednak w Niemczech nie stworzono możliwości instytucji BPK i tam nikt nie kontestuje konieczności przynależenia do klubu, jeśli chce startować w zawodach. Jednym słowem nikt się nie buntuje, przynajmniej nic o tym nie słychać. Pewne w Polsce mielibyśmy podobną, jednobiegunową sytuację, gdyby nie to, co wydarzyło się, bodaj w 2006 roku.

Pytałem byłego prezesa PZJ, Marcina Szczypiorskiego, od kiedy instytucja BPK zaczęła funkcjonować i dlaczego? Poszperał w dokumentach, a konkretnie w cennikach. W tym z 2005 roku nie było jeszcze pozycji „opłata dla zawodnika bez przynależności klubowej”, w cenniku z roku 2007 – już się pojawiła. Nie ma akurat cennika z roku 2006, więc nie może tego stwierdzić z całą pewnością, ale – jego zdaniem – BPK funkcjonuje właśnie od 2006 roku.

 

A dlaczego w ogóle powstała? Domagali się tego rodzice dzieci, które wchodziły w sport, a także zawodnicy już dorośli, od wielu lat funkcjonujący w sporcie, a mający nieprzyjemne doświadczenia związane ze zmianą barw klubowych oraz właściciele koni. Jednym z ważniejszych bodźców, który uaktywniał owe grupy ludzi do domagania się stworzenia instytucji BPK, był właśnie regulamin zmiany barw klubowych. Jak teraz z perspektywy czasu przyznaje Marcin Szczypiorski, regulamin zbyt fiskalny i nie nadążający za życiem. Z jednej strony regulamin ów był zbyt nastawiony na wpływy do kasy PZJ, z drugiej bronił jedynie praw tych klubów, które działały tak, jak za czasów komuny prawie wszystkie kluby jeździeckie w Polsce. Czyli wg schematu: zawodnik przychodzi do klubu i chce uprawiać jeździectwo, to klub mu daje konia, rząd, umożliwia trenowanie pod okiem opłacanego przez klub trenera, opłaca transport konia i jego (zawodnika) na zawody, opłaca wpisowe, startowe, boks, a z wygranych nagród pieniężnych zabiera tylko jakiś procent o ile w ogóle. Przy tego rodzaju funkcjonowania zrozumiałe było, że jeśli po jakimś czasie zawodnik chciał przejść do innego klubu, to ten poprzedni domagał się ekwiwalentu za wyszkolenie zawodnika. Bo w to wyszkolenie stary klub włożył dużo pieniędzy. 

 

Jednak regulamin zmiany barw klubowych był jeden i nie przewidywał, że coraz częściej kluby funkcjonują w inny sposób: dają tylko szyld i plac do trenowania. Konia każdy musi sobie sam kupić i opłacić. Płacić musi też prywatnemu trenerowi, bo klubowego nie ma. I oczywiście to zawodnik (lub właściciel konia) albo jego rodzic (w przypadku dziecka) ponosił wszelkie koszty związane z wyjazdem i startem na zawodach. Gdy w takim wypadku ktoś chciał zmienić klub, a ten poprzedni żądał opłaty wg cennika, była to granda w biały dzień. Nikt nie był w stanie stworzyć cennika, który by potrafił rozgraniczyć te dwa – jakże różne z finansowego punktu widzenia – sposoby funkcjonowania klubów i sprawiedliwie przydzielić zawodników albo do jednego (starego, socjalistycznego), albo do drugiego (nowego, kapitalistycznego) worka. A każdemu workowi przypisać inne opłaty przy zmianie barw klubowych. Inna sprawa, że chyba nie było woli, aby próbować zreformować cennik zmiany barw klubowych. Ale nawet gdyby się pojawiła, to i tak by się nie powiodła. Uważam bowiem, że stworzenie takiego sprawiedliwego cennika było nierealne.

 

Za i przeciw

Czy instytucja BPK była zgodna z prawem? Niewątpliwie tak. Choć fizycznie nie funkcjonowała w żadnym innym polskim związku sportowym, musiała być zgodna z obowiązującym wówczas prawodawstwem sportowym, bo i inaczej ministerstwo sportu  by się na takie rozwiązania nie zgodziło. Zresztą w obecnie obwiązującej ustawie o sporcie też nie znajdzie się zapisów, które by albo jednoznacznie pozwalały, albo jednoznacznie nie pozwalały na BPK.

 

Czy instytucja BPK spełniła swoje zadanie? Niewątpliwie tak. Ułatwiła życie wielu ludziom. Przyjęła się. Według wyliczeń red. Leszka Doraczyńskiego (a jest on bardzo biegły i wiarygodny w statystykach) obecnie zawodnicy BPK stanowią ok. 20% wszystkich zarejestrowanych. Odsetek ten jest nieco niższy wśród zawodników z wyższej półki, a większy – wśród tych, którzy dopiero wchodzą w sport.

Nie chcę tu przytaczać argumentów za BPK. Zrobili to sami zawodnicy w liście opublikowanym na stronie „Świata Koni”. Argumenty te można też znaleźć w wypowiedziach zamieszczanych pod owym listem. Nawiasem mówiąc, dyskusja jaka się na portalu „Świata Koni” wywiązała, jest – jak na internetowe standardy – wyjątkowo merytoryczna.

 

Zajmijmy się argumentami na nie. Co przemawia za zlikwidowaniem instytucji BPK?

Najważniejszy argument, jaki słyszałem, jest następujący: to kluby organizują zawody oraz różnego rodzaju szkolenia, a zawodnicy BPK z tego korzystają. Zawodnicy BPK nie wnoszą żadnej wartości dodanej do życia jeździeckiej społeczności, oczywiście poza samym swoim istnieniem, co jest wartością, ale samą w sobie. Gdyby znikły kluby, gdybyśmy mieli 100% BPK, to nie byłoby komu  organizować zawodów. Jednym słowem BPK są pasożytami żerującymi na tkance, jaką tworzą kluby, i dlatego instytucja BPK powinna zniknąć.

 

Nie podzielam tej opinii. Po pierwsze nie wierzę, że instytucja BPK tak się rozpleni, że dojdziemy do sytuacji, że kluby w ogóle znikną. Na razie mamy proporcje: 20% BPK, 80% zawodników zrzeszonych w klubach. Ale nawet gdyby dziś odwrócić proporcje: 80% BPK i 20% zrzeszonych w klubach, to nie wpłynęłoby to – moim zdaniem – negatywnie na liczbę organizowanych zawodów czy szkoleń.

Żyjemy w czasach specjalizacji. Zawody organizują i tak tylko te kluby, które: po pierwsze - mają do tego infrastrukturę, a po drugie – mają działaczy, którym się chce. Przez ponad 15 lat działałem w klubie i wiem, że na moją i moich kolegów aktywność nie miały żadnego wpływu takie czynniki, jak: liczba członków klubu, czy też wysokość składki klubowej. Nasze działanie było tylko i wyłącznie efektem naszych ambicji i naszej aktywności.

Zresztą, gdyby każdy klub miał ambicję zorganizowania chociaż jednych zawodów w roku, to nie wystarczyłoby weekendów, aby to zrealizować. A jak zmniejszy się liczba klubów, to uwiąd liczby zawodów też nam nie grozi. Przecież coraz częściej organizacją zawodów zajmują się ludzie, dla których staje się to profesją. A czy to robią w ramach klubu czy firmy, jaką założyli na tę okoliczność, to już jest sprawą drugorzędną. A jak już organizują zawody, to nie raz czy dwa razy w roku, ale częściej. A najczęściej są to już cykle zawodów. Tak więc zmniejszenie się liczby podmiotów, które będą chciały i mogły organizować zawody, nie oznacza, że grozi nam zmniejszenie ich liczby. Że może dojść do sytuacji, iż podaż zawodów nie pokryje popytu na nie. Moim zdaniem będziemy mieli nadal do czynienia z sytuacją, jaką obserwujemy obecnie: podaż przewyższa popyt.

Podobnie jest z różnego rodzaju szkoleniami. Niektóre osoby czy założone przez nich ciała (vide fundacja Horse Sport Agnieszki Kopki) specjalizują się w takich działaniach. I w tym obszarze mamy do czynienia z takimi samymi mechanizmami. 

 

Komu na tym zależy?

Czy warto więc próbować dążyć do likwidacji instytucji BPK? Gdybyśmy mieli sytuację, że  wiedzielibyśmy, że w najbliższym czasie ustawa o sporcie się zmieni i na pewno uprawianie sportu kwalifikowanego przez zawodników niezrzeszonych w klubach nie będzie możliwe, to oczywiście tak. Warto by przygotować grunt pod taką zmianę. Ale nic nie wskazuje na taki kierunek w polskim ustawodawstwie sportowym.

Dlaczego więc nowy zarząd PZJ próbuje to przeforsować? Jest to oczywiste i niektórzy dyskutanci na portalu internetowym „Świata Koni” trafnie to zauważyli i wyartykułowali.

Jak to dobitnie pokazał ostatni zjazd PZJ, najwięcej do powiedzenia w naszym środowisku mają prezesi WZJ-tów. Oni rządzą Radą Związku, oni mają największy wpływ na delegatów, oni też mają najwięcej do powiedzenia w zarządzie PZJ, czy to bezpośrednio, czy też pośrednio. A dla nich im silniejsze są kluby, im ich jest więcej, tym silniejsza pozycja prezesów WZJ-tów w polskim jeździectwie. Oczywiście, nie neguję też merytorycznych pobudek, czyli tego, że niektórzy prezesi WZJ-tów faktycznie wierzą, że wzmacniając kluby i likwidując instytucję BPK, działają na korzyść polskiego jeździectwa.

  

Moje zdanie w tej kwestii jest następujące: skoro już ktoś kiedyś otworzył lampę Aladyna i wypuścił w publiczną przestrzeń tego dżina, a polskie prawo nie zabrania mu w tej przestrzeni funkcjonować, to próby zapędzenia go z powrotem do butelki skazane są na niepowodzenie. Podejmowanie tej próby przyniesie więcej złego niż dobrego. A największym złem jest zantagonizowanie środowiska.

Z zainteresowaniem będę obserwował rozwój sytuacji. Czy pomysłodawcom uda się osiągnąć cel i liczba zawodników BPK zacznie się zmniejszać? Czy kluby dzięki temu będą rosły w siłę i czy będzie się to przekładać na podniesienie poziomu polskiego jeździectwa? Czy też może pójdzie to w innym kierunku – fala buntu zawodników BPK doprowadzi do zmian, najpierw cennika, a potem także schematu organizacyjnego. Chodzi mi o to, że do tej pory zawodnicy BPK nie mieli prawa głosu, nie mieli możliwości wyboru swoich reprezentantów na zjazdy PZJ, czyli także do władz. A może ten odwrotny kierunek doprowadzi do tego, że wreszcie zostanie rozwiązany problem, kto jest faktycznie członkiem PZJ. Bo przecież sytuacja, że całkiem spora grupa ludzi (szkoleniowcy, sędziowie, lekarze weterynarii, BPK), którzy w tym środowisku funkcjonują, płacą składki (licencje) na rzecz PZJ, ale nie mają ani biernego, ani czynnego prawa wyborczego, jest na dłuższą metę nie do przyjęcia. Wieszczę, że życie prędzej czy później wymusi w tym obszarze zmiany. Być może niezadowolenie zawodników BPK będzie katalizatorem, który te zmiany przyspieszy.

Marek Szewczyk 





Ten artykuł pochodzi ze strony HipoLogika Marka Szewczyka
http://hipologika.pl

URL tej publikacji:
http://hipologika.pl/modules/news/article.php?storyid=72