Chora służba zdrowia

Data 31.01.2015, 13:40:00 | Temat: Felietony

Rzadko choruję, ale raz na 6-8 lat się zdarza. Dopadła mnie infekcja dróg oddechowych. Poszedłem do lekarza. Pani doktor przypisała mi antybiotyk, ale tylko trzy pigułki, po jednej przez trzy dni. Trzy dni poleżałem w łóżku, następne trzy nie wychodziłem z domu. Po sześciu dniach wróciłem do normalnego funkcjonowania. Okazuje się, że jednak nastąpił nawrót choroby. Kiedy stwierdziłem, że w płucach gra mi orkiestra symfoniczna, a ataki kaszlu dają mi nieźle popalić, postanowiłem pójść ponownie do lekarza. Normalnie do przychodni, ale po 18.00, na tzw. dyżur. No i zaczął się horror. 


Trafiłem do jakiegoś młokosa. Nie powiedziałem mu, że najprawdopodobniej mam zapalenie oskrzeli i potrzebuję antybiotyku, bo wiadomo – lekarze bardzo źle reagują, kiedy chory im mówi, co mu jest i czego potrzebuje. Powiedziałem tylko, że mi gra w płucach. Osłuchał mnie dokładnie, a jego diagnoza mnie zmroziła: płyn w płucach, trzeba będzie robić punkcję, ale to tylko w szpitalu. Na moje sugestie, że to pewnie tylko zapalenie oskrzeli i wystarczy recepta na antybiotyk, pozostał nieugięty.

 

No cóż, wziąłem skierowanie i pojechałem do szpitala. Pomyślałem sobie, w końcu tam też trafię do lekarza, osłucha mnie, stwierdzi co jest, da receptę i odeśle do domu.

No i zaczęło się! Wielkie czekanie. O 18.30 byłem już na izbie przyjęć. Spora kolejka. Pół  godziny zajęło czekania na zarejestrowanie. Jak już pani w okienku przyjęła moje papiery, powiedziała: proszę usiąść i czekać, będzie pan wywołany po nazwisku. Dobrze, że miałem ze sobą dwie gazety. Pierwsze dwie godziny minęły mi szybko. Jednak jak wyczytałem już wszystko co się dało, czas zaczął się dłużyć. Następne półtorej godziny wlokło się niemiłosiernie. Wreszcie, „już” ok. 23.00 usłyszałem swoje nazwisko. Doczekałem się, teraz to już pójdzie szybko – sądziłem w swojej naiwności.

 

A lekarz zaczyna od komendy do pielęgniarza – proszę zrobić pacjentowi ekg. Nieśmiało protestuję, że po co, serce mam zdrowe, problem mam z płucami. A kiedy robiłem ostatnio ekg? Mówię, że dwa miesiące wcześniej, bo akurat lekarz pierwszego kontaktu przy normalnej wizycie sobie tego zażyczył. A ma pan wyniki? Oczywiście, że nie mam, bo przecież te wyniki są w mojej karcie w przychodni. Ale wyniki były OK – mówię. Bez dowodu nie mogę panu uwierzyć, proszę się rozbierać i kłaść do badania ekg. No trudno, jak się upiera, nic na to nie poradzę. Przecież badanie mi nie zaszkodzi, tylko trochę szkoda czasu, bo na izbie przyjęć pozostał jeszcze spory tłum, kiedy mnie wywoływano.

 

Ekg było robione w gabinecie, w którym przyjmowani są pacjenci przez lekarza internistę (bo dyżurują też inni specjaliści). Lekarz rzucił okiem na wyniki, nic nie powiedział i wreszcie mnie osłuchał. Jego zdaniem, nie mam płynu w płucach, tylko zapalenie oskrzeli. No wreszcie! Teraz da mi receptę i pojadę do domu położyć się do łóżka. Jest ok. 23.30. Ale gdzie tam. Lekarz wydaje następną komendę: siostro proszę pobrać krew do badania i wypisać skierowanie na rtg. Cholera, myślę sobie, przecież wyniki badań krwi nie będą w ciągu kwadransa, tylko pewnie bliżej godziny, a może dwóch. Rentgen też. Ale co zrobić. Lekarz każe mi wyjść z gabinetu i czekać, aż pielęgniarz mnie zaprowadzi na prześwietlenie. Po godzinie czekania, zaczepiam pielęgniarza, który w tzw. międzyczasie wchodził i wychodził w z tego gabinetu z 10 razy, co z tym prześwietleniem? A prześwietlenie! No tak, wszedł do gabinety, wziął papierek i poszliśmy. Zrobione od ręki, ale trzeba wracać pod gabinet lekarski i czekać, aż opis trafi do lekarza. No to czekam. Jest już ok. 1.30.

 

Po „drugiej” stronie

Przez tyle godzin zdążyłem zobaczyć, jak funkcjonuje taki dyżur. O 1.30 lekarze innych specjalności mieli pootwierane gabinety, odwiedzali się wzajemnie, albo czegoś tam wypatrywali w monitorach komputerów, bo oni swoje kolejki już rozładowali. Teraz musieli czekać, bo przecież w każdej chwili może kogoś przywieść pogotowie. O tej porze tłok był tylko pod dwoma gabinetami: chirurgicznym i internistycznym.

 

Do tego internistycznego wchodziło z jednej strony, a po pierwszym badaniu, wychodziło na drugą. Zauważyłem, że żaden pacjent nie został „załatwiony” za jednym razem. Wszyscy po odczekaniu swojego po „tamtej” stronie, teraz czekali na ciąg dalszy, po drugiej stronie. W tak zwanym międzyczasie lekarz często wychodził z gabinetu i znikał na 20-30 minut. Pewnie konsultował chorych w innych gabinetach. Kolejkowicze musieli też czekać z innego powodu: od czasu do czasu do gabinetu lekarza wjeżdżał ktoś na noszach przywieziony przez pogotowie.

 

Ale nawet przywiezienie przez pogotowie nie gwarantowało szybkiego badania. Kiedy wyszedłem na „drugą” stronę, dowiedziałem się od żony pewnego mężczyzny, że co prawda przywiozło go pogotowie, ale kazali mu usiąść pod gabinetem i czekać. No i czekał, już 4 godziny! A facet był po zawale (kiedyś), a pogotowie wezwali, bo miał cukier na poziomie 300. Nie znam się na cukrzycy, ale pewnie był to poziom alarmujący. Od dwóch godziny stale powtarzał, że idzie już do domu, bo ma wszystkiego dość, ale żona i inni pacjenci ciągle go ubłagiwali, aby został, bo to już zaraz lekarz się nim zajmie. No i się wreszcie zajął. Chory po chwili wyjechał na wózku, pielęgniarz go gdzieś zawiózł, a lekarz im towarzyszył. Po kwadransie facet wrócił po gabinet i rozpoczął swoją porcję czekania na to, co będzie po pierwszym kontakcie z lekarzem.

 

Kiedy o 2.30 do pustego gabinetu (lekarz gdzie po raz kolejny zniknął) obsługa karetki wwiozła na wózku chorą kobietę, a wyglądała na nieprzytomną, zdałem sobie sprawę, że moment, kiedy lekarz będzie miał w ręku wszystkie wyniki zleconych badań i będzie wreszcie mógł mi wypisać receptę, może nastąpić o 4.00, a może o 6.00. Razem ze mną czekało jeszcze chyba 6 osób z grupki ok. 15, którzy trafili na izbę przyjęć między 19 a 20, a zostali skierowani do internisty. Wymiękłem, wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu. Rano poszedłem do prywatnej kliniki. Starsza pani doktor mnie osłuchała, potwierdziła, że to zapalenie oskrzeli i przypisała antybiotyk. Wreszcie osiągnąłem to, co było mi potrzebne. 

 

Na 31. miejscu w Europie

Tak się składa, że kiedy czekałem pod gabinetem na wejście do lekarza, przeczytałem w gazecie artykuł pod znamiennym tytułem: „Służba zdrowia na dnie Europy”. Oczywiście chodziło o polską służbę zdrowia. Raport przygotowany przez szwedzką firmę badawczą Health Powerhouse, a oceniający większość krajów europejskich (w tym wszystkie unijne), wykazał, że jesteśmy na 31. miejscu na 36 krajów. Ocenianych było 48 aspektów i tylko w kilku dostaliśmy ocenę dobrą. W pozostałych negatywną. Najgorzej jesteśmy oceniani jeśli chodzi o dostępność usług medycznych – należymy do krajów o najdłuższym okresie oczekiwania na wizytę u specjalisty czy konkretną terapię.

 

Co ciekawe – jak skonstatował Arne Björnberg, kierujący badaniami – O ile generalnie w rankingu kraje bogatsze wypadają lepiej niż biedniejsze, o tyle nie ma żadnego związku między zamożnością społeczeństwa czy kwotami wydawanymi na służbę zdrowia a czasem oczekiwania. To nie jest kwestia pieniędzy, a organizacji.

 

Moja przygoda jest doskonałą ilustracją tej tezy. Na skutek błędnej diagnozy niedoświadczonego lekarza trafiłem na izbę przyjęć (choć mój przypadek ewidentnie był tylko ambulatoryjny). A tam wpadłem w tryby machiny, która obraca pacjentem bardzo wolno i bardzo drogo. W badanie mojego przypadku zaangażowani byli: pielęgniarz, który robił ekg, siostra, która pobrała krew, laborantka, która tę krew potem zbadała i opisała, technik, który zrobił rtg, lekarz, który zapewne zrobił opis zdjęcia, i wreszcie badający i nadzorujący wszystko lekarz.

 

Najbardziej zastanowiło mnie to, dlaczego lekarz po osłuchaniu mnie i stwierdzeniu, że nie mam żadnego płynu w płucach, a jedynie zapalenie oskrzeli, nie odesłał mnie od razu do domu z receptą na antybiotyk, a uruchomił dalszą procedurę: badanie krwi i rtg. Może ich na izbie przyjęć obowiązuje taka procedura, że jak już ktoś do niech trafia, to nawet jak widzą, że to nie jest nic poważnego, to muszą go zbadać na wszystkie strony. A że to trwa i kosztuje, kogo to obchodzi. Lekarzy na pewno nie. Widać było, że dla nich tłumy kłębiące się godzinami pod ich gabinetem w środku nocy, są czymś normalnym. To że ludzie czekają po 6-8 godzin, nie ma znaczenia. A przecież na izbę przyjęć trafiają poważne przypadki (w każdym razie większość), ale i tak swoje muszą odczekać. Nic nie można na to poradzić. Wszyscy mają do tego takie podejście, i cały personel medyczny, i pacjenci.

Przecież to jakaś paranoja. Na pewno można to lepiej zorganizować. Tylko czy znajdzie się lekarz, który uzdrowi ciężko chorą polską służbę zdrowia?

Marek Szewczyk





Ten artykuł pochodzi ze strony HipoLogika Marka Szewczyka
http://hipologika.pl

URL tej publikacji:
http://hipologika.pl/modules/news/article.php?storyid=74