| Odpowiedź |
Autor: marek_szewczyk Wysłano: 20.08.2015, 6:23:23 Istota problemu tkwi nie w wysokości uposażenia menedżera konkurencji, a w jego umocowaniu i podległości. Z tego co wiem, menedżer dostaje 2500 zł + zwrot kosztów. Z tego nie da się wyżyć. Istotą problemu jest to, że dla wszystkich menedżerów w polskim jeździectwie kierowanie daną konkurencją jest zajęciem ubocznym. Wszyscy żyją z czegoś innego. Dla niektórych kierowanie konkurencją jest nawet zajęciem nr 3 lub 4, bo prowadzą swoje firmy, kierują swoimi stajniami, zajmują się menedżerowaniem swoich dzieci uprawiających sport jeździecki, sędziują... a przy okazji kierują konkurencją. Tu tkwi istota problemu. PZJ zatrudnia w biurze osobę, która ma w obowiązkach zajmowanie się daną konkurencją, ale ona nie ma odpowiedzialności ani władzy, bo ta jest przypisana menedżerowi (dawniej szefowi komisji). Gdyby to, co robią osobno (i za pieniądze) pracownik biura i menedżer, przypisać jednej osobie, ale takiej, która byłaby zatrudniona przez PZJ i dla której byłoby to jedyne zajęcie, oczywiście kompetentnej, to osiągnęlibyśmy postęp. Tak jak powiedziałem na zjeździe - nam są potrzebni: polski John Roche, który kieruje w FEI skokami, polska Katrin Norinder, która kieruje w FEI WKKW, czy polski Trond Asmyr, który w FEI odpowiada za ujeżdżenie. Istotą problemu jest to, żeby osoba kierująca konkurencją była podległą tylko PZJ, aby nie miała żadnych obciążeń, związków z zawodnikami, klubami, ośrodkami jeździeckimi, ze środowiskiem, gdyż to rodzi konflikty interesów. A właśnie konflikt interesów to największe zło polskiego jeździectwa. Mamy z nim do czynienia na każdym kroku, na olbrzymią skalę. Niestety, większości działaczy to nie przeszkadza, ba - w ogóle tego nie dostrzegają, nie przyjmują do wiadomości złych skutków z tegoż konfliktu płynących, bo sami bardzo często znajdują się w takiej sytuacji. Marek Szewczyk |

