| Zbytnie uproszczenie |
Autor: Gość Wysłano: 22.02.2019, 8:49:37 Myślę, że zbytnio upraszcza Pan problem. Po pierwsze, jeżeli dbamy o tradycję hodowli arabów w PL, to powinniśmy dbać o kontynuację historycznych polskich linii. W tej całej zabawie w Janów czy Michałów nie chodzi przecież o to, by robić państwowy biznes na arabach, albo by zbierać puchary na wystawach. Mówimy o 200-letniej tradycji, której elementem są także stare linie. Dbałość o tradycję to także dbałość o te linie. Rezygnacja z historycznych linii to mniej więcej tak, jakby arrasy na Wawelu zamienić na abakany. Też sztuka, ale z zerowym związkiem z polskimi królami i Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Po drugie, linie to nie tylko etykietka. To także pewna odrębność genetyczna, bo z każdą linią wiążą się całe „pakiety” przodków, którzy nie występują w innych liniach. Konieczność utrzymania linii wymusza na hodowcach zatrzymanie w stadzie koni może gorszej jakości, ale z odrębnym pochodzeniem. A to jest istotne z powodu wymienionego w Pana wpisie: <chodzi o "utrzymanie na odpowiednim poziomie wewnątrzrasowej zmienności genetycznej dla zagwarantowania możliwości dalszej pracy hodowlanej w rasie."> I to jest sedno problemu, a nie, jak Pan pisze: <warto sobie zadać pytanie, czy ta bioróżnorodność (liczona liczbą rodzin i rodów) jest celem samym w sobie, czy też sposobem, aby uniknąć zbyt bliskiego inbredu.> Wobec możliwości nieograniczonego korzystania z zagranicznych niespokrewnionych reproduktorów nie istnieje problem inbredu w polskich stadninach. Istnieje natomiast problem spadku heterozygotyczności populacji w państwowych stadninach, które zaczyna być widoczny w analizie markerów genetycznych. W moich publikacjach zawsze podkreślam, że wyższa heterozygotyczność polskich arabów wobec innych zachodnich populacji to zasługa naszych hodowców i ich dbałości o linie. Od kiedy jednak zaczął dominować Saklawi I, parametry zaczęły jechać w dół. Zobaczymy, co się zadzieje, gdy nowe pokolenie klaczy na dobre rozgości się na etatach matek stadnych . Rozumiem, że w istniejących realiach ekonomicznych polityka byłych prezesów się broni. Utrzymali stadniny przy życiu i to się chwali. Czy bardziej zrównoważona polityka hodowlana doprowadziłaby do klapy, nie sądzę. Ale może warto postawić takie oto pytanie: o co teraz walczymy: o biznes czy o tradycję? Czy bronimy Janowa i Michałowa jako przedsiębiorstwa rolnego czy bronimy J i M jako kontynuatorów 200-letnich tradycji hodowlanych? Czy znajdą się takie siły polityczne, które docenią te tradycje i je wesprą stwarzając korzystniejsze warunki ekonomiczne dla państwowych stadnin? Na koniec, jeszcze odnośnie pełnej krwi. Naukowcy już kilka lat temu odnotowali, że postęp hodowlany wyhamował. Z tamtej analizy zapamiętałam przywołane rekordy szybkości na torze, niepobite od lat. Jeżeli nie ma w rasie zmienności genetycznej, nie ma możliwości uzyskania nowych kombinacji genów u potomstwa. Mamy wtedy jednakowe rolexy, może nawet złote, ale jednocześnie beznadziejnie podobne do siebie. Iwona G. |

