| Zachowanie różnorodności typu jest jednak ważniejsze niż pokazy. |
Autor: Gość Wysłano: 23.02.2019, 4:28:56 Zwykle z dużym zainteresowaniem czytam tu wpisy, ale tym razem pozostał we mnie niedosyt. Owszem, nazwy wymienionych w artykule rodów coś mówią chyba każdemu, kto czytał podstawowe prace o historii hodowli arabów w Polsce :/ i oczywiście, że część tych rodów jest dalej czynna w prostej linii męskiej (z pamięci na 100% Koheilan Adjuze, i to nawet w Polsce, ale w hodowli prywatnej, a szerzej w świecie Kuhailan Zaid). Twierdzenie inaczej razi mnie jako słaba znajomość tematu, w którym tekst ma być ważnym głosem. I owszem, za niektórymi aż serce boli, że pozostało po nich tak mało lub nic. Jest dobre wyjaśnienie, dlaczego wiele rodów męskich zostało utraconych na wczesnym etapie. Niektórzy znaczący hodowcy uważali wtedy, że araby w Europie wyradzają się bez ciągłego dolewu pustynnej krwi. Zwykle najdalej po dwóch, trzech pokoleniach linia ogiera wygasała na rzecz nowego importu, jedna zupełnie nowa linia zastępowała drugą, więc nikt chyba nie postawiłby tego jako przykładu braku różnorodności. Zgaduję, że pewne znaczenie mogła tu też mieć świadomość tradycji Beduinów, którzy rodowody śledzili tylko w linii żeńskiej. Rody męskie w ogóle nie istniały, ojca konia opisywało się zazwyczaj tylko jako czystej krwi, z rodu określonego według linii matki. Trzeba też jasno powiedzieć, że wiele rodów zostało utraconych tylko w wyniku zdarzeń losowych, bez swojej winy ani woli hodowców - zdarzało się, że po prostu sam ogier i jego potomstwo zostawało zarekwirowane przez obce państwo, rozkradzione albo wręcz zabite przez rewolucjonistów, ginęło w nalotach bombowych, gubiło się podczas ewakuacji itp. i tak zostawaliśmy bez niczego albo tylko z paroma końmi, które akurat musiały być wybrakowane. Co do kryteriów wyboru rodów, którym należy się ochrona, nie ma sensu jednoznacznie uważać kraju importu oryginalnego przodka za kraj, do którego przynależą konie z danej linii. Sto, a czasem nawet dwieście lat to wystarczająco, żeby znaczące sublinie wytworzyły się zupełnie gdzie indziej. Wystarczy spojrzeć na nasze rodziny klaczy, gdzie dużo nie przybyło oryginalnie do Polski – np. klacze z Babolnej przyszły do nas dopiero po drugiej wojnie światowej, ale sublinia Algerii stanowczo jest ikoną polskiej, a nie węgierskiej hodowli. Z kolei oryginalnie polskie rodziny Elsissy czy Gulowatej żyją sobie dalej w Rosji czy USA, ale nie zostały włączone pod ochronę, bo zniknęły z naszej hodowli dawno, dawno temu. Tak samo bywa z rodami męskimi. Jak już wspomniała autorka pierwszego komentarza (bardzo dziękuję za badania, czytałam wszystkie artykuły, jakie znalazłam!), jest jeden podstawowy powód, żeby zachowywać rody i rodziny: różne linie są różne. Różne cechy przekazują, zapewniają różne cegiełki, z których można budować następne pokolenia. Uważam, że absolutnie nie można tego stracić, bo jest to równoznaczne z (cytat, który zna każdy arabiarz) utratą koloru z palety malarza. Pewnie, niektóre kolory są brzydkie. Tym należy dać odejść. Nie można jednak zapominać, że u arabów nie ma tylko jednej definicji dobrego konia, dlatego porównanie z folblutami uważam za nietrafione. Folbluty mają jeden podstawowy cel istnienia, wyścigi, araby nie. Pokazy przez swój system punktacji premiują podwójnie wybitną głowę z szyją (ocena ta wpływa bezpośrednio na ocenę za typ), za to za nogi czy kłodę wszystkie konie dostają prawie takie same oceny bez względu na stan faktyczny. W połączeniu ze znaczeniem promocji, prezentacji itp. dla ostatecznego wyniku sprawia to, że cel „osiągnięcia na pokazach” naprawdę nie jest miarą dobrego konia nawet w kategorii trzymania się wzorca rasy. Nie muszą wszystkie araby podporządkowywać się w najwyższym stopniu kanonom urody pokazowej, a nawet wśród koni pokazowych są i powinny być różnice w typie. To jest po prostu piękna różnorodność, dziedzictwo kultury i historii. Chrońmy chociaż ten wycinek, który jest u nas. Podsumowując, oczywiście od hodowców prywatnych nie można wymagać, żeby wbrew swojej woli utrzymywali to, co nie przynosi dochodów albo żeby hodowali dalej te cegiełki czy kolory, które im się nie podobają, dlatego według mnie taka właśnie jest funkcja stadniny państwowej, szkoda tylko, że nie jest to widoczne w ich formie organizacyjnej. Wawel przecież nie jest państwowy po to, żeby zarabiać, tylko żeby zachować pewne dziedzictwo. Stadnina państwowa powinna spełniać podobna funkcję, jest to jednak bardzo, bardzo trudne przy obecnym modelu finansowania. Dlatego oczywiście zgodzę się z tym, co było intencją artykułu - że wieszanie psów na poprzednich dyrektorach stadnin jest na wyrost. Niemniej problem czy też wyzwanie istnieje i nie podoba mi się potraktowanie tematu jak w tytule, bo tak, oczywiście, że powinniśmy bronić tych właśnie rodów i rodzin. One przetrwały próbę czasu i są naszym dziedzictwem. Skoro już tyle linii zniknęło, to czy nie powinniśmy właśnie chronić tych, które jeszcze są? I czy doczekamy chwili, kiedy stadniny będą mieć prawdziwie warunki, żeby to robić? |

