Strona startowa | O mnie | Blog | Linki | Napisz do mnie
 
Archiwa
 

Archiwa

A to ja
 

Marek Szewczyk fot. Włodzimierz Sierakowski


Marek Szewczyk

Kto tu w co gra (i dlaczego) ?

Autor: Gość  Wysłano: 23.02.2019, 12:18:48

Człowiek poddający dziś w wątpliwość znaczenie (wartość) bioróżnorodności dla procesu hodowlanego musi być albo kompletnym ignorantem, albo totalnie zmanipulowanym. W tej mierze nie trzeba być specjalnie przenikliwym, by spostrzec jaką, którą, czyją to filozofię (perspektywę) webster nam tu prezentuje. Owa (autorstwa Anny Stojanowskiej), sprowadza się zasadniczo do takiego oto przekazu… Po co nam jakieś – pożal się Boże – ambicje i niewiele znacząca (na rynku) tożsamość? Kogo dziś obchodzi nasza spuścizna (tradycja i filozofia) hodowlana? Do czego są nam jeszcze potrzebne niemodne już “krzyżyki”, “bairactary” czy temu podobne “afasy” (kto “to” interesuje, kto “to” kupi)? Dość już tego skansenu oraz tanich sentymentów, wystarczy już tego irracjonalnego szacunku wobec czegoś, co minęło. Należy “zaorać” to wszystko w cholerę i wreszcie na poważnie zająć się “biznesem”. Najwyższa już pora pójść otwarcie z duchem czasu (życzeniami naszych vip-klientów); oficjalnie (a nie, jak dotąd, pokątnie, z obejściem reguł i wytycznych) skupić się na “produkowaniu właściwego asortymentu” (jakiego oni sobie życzą). Wszelkimi możliwymi środkami musimy zabiegać o to, by stać się nowocześni i trendy (nadążyć za ich potrzebami). Ta idea (petrodolary szejków) nie tylko powinna, ale wręcz musi być naczelnym wyznacznikiem naszej rzeczywistości hodowlanej - “klient nasz pan”. Po tym, gdy już w praktyce zaczęliśmy wdrażać ich sugestie odnośnie ogierów (vide Ascot DD) i ustawiać naszą hodowlą pod “typ konia szytego na miarę” - co jest dowodem dobrej woli i “ekskluzywności” naszej oferty - nie możemy już cofnąć się z tej drogi. Nie zawahamy się pójść jeszcze dalej i uczynić z Janowa i Michałowa elitarnych filii bliskowschodnich stadnin, by rezydujące tam klacze mogły rodzić potomstwo pod konkretne zamówienia (tak oto przejdziemy z wymiaru detalicznego na hurtowy). Będzie dla nas zaszczytem spełniać wszelkie oczekiwania naszych drogich klientów oraz służyć naszym zapleczem hodowlanym najlepiej jak tylko potrafimy (byle kasa się zgadzała i każdy wychodził na swoje)…

Zapoznając się z tym, dość chaotycznym, przeładowanym i niespójnym tekstem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż był on motywowany oczywistą intencją rozmycia i zrelatywizowania pewnych kwestii, jak też próbą usprawiedliwienia tego, czego na dłuższą metę usprawiedliwić się nie da. By jednak się do niego odnieść. Osobiście nie doszukiwałbym się realnych analogii pomiędzy folblutami, a arabami, gdyż są dość istotne różnice między nimi; choćby w filozofii prowadzenia hodowli, modelu użytkowania i kierunkach selekcji. Mimo tego, nawet u folblutów można wykazać mocno destrukcyjny efekt zawężania puli genetycznej (bioróżnorodności), czego przykładem jest choćby hodowla amerykańska. Za oceanem mechanizm sztucznego jej ograniczania (swoistej specjalizacji) doprowadził do tego, iż na tamtejszych torach wyścigowych praktycznie nie spotykamy już stayerów (koni dystansowych) ichniejszej hodowli. Doszło do tego, że w ostatniej odsłonie ich “trójkorony”, tj. dystansowym Belmont Stakes (2400 m), z reguły nie biorą już udziału konie charakteryzujące się “staminą”, a tylko te obdarzone szybkością, tj. głownie milery, których optimum dystansowe nie przekracza 1600 (1800) metrów. Nie może być jednak inaczej, skoro 95 % amerykańskiej puli wyścigowców stanowią właśnie flyery i milery! Rzecz wzięła się stąd (jest pokłosiem tego), iż od kilku już dekad ichniejsza hodowla skupiła się głównie na pogłębianiu wymiaru szybkości i wczesnego dojrzewania (kosztem innych walorów), tym samym zawężając swoje pole reprodukcji do ledwie kilku walorów, tj. głównie rodu Mr Prospectora oraz linii Storm Cata i AP. Indy. Owo (tym samym) zawężenie bioróżnorodności stada przywiodło nie tylko do znaczącego wyeliminowania walorów dystansowych (ergo uniwersalności) ich koni, ale też różnych zjawisk patologicznych towarzyszących zawsze takiemu zjawisku, odbijających się negatywnie na zdrowiu, ustroju, odporności i systemie nerwowym tych koni. Wróćmy jednak do arabów...

Przede wszystkim z owej listy rodów (zapodanych jako już nie istniejących) należy wykreślić Koheilana Adjuze or.ar., który jest żywy i aktywny (a chyba też Kuhailana Zaida). Dotąd nie mogę wyjść ze zdumienia, jak można porównywać dzisiejszą rzeczywistość hodowlaną, z tą, z którą musieli mierzyć się nasi przodkowie? W pierwszej połowie XX w., światem wstrząsały co rusz tragiczne wydarzenia, niosące wszelką pożogę: rewolucje, grabieże, wojny czy “władzę ludową", które to zasadniczo negatywnie oddziaływały na wszelką pracę hodowlaną (jej efekty i perspektywy)! Jak można tu pominąć całkowitym milczeniem choćby bezduszne i bezpardonowe rządy “władzy ludowej”, które przyniosły bodaj najwięcej fatalnych skutków na polu “zwijania” rodów męskich. Był to niezwykle mroczny okres w naszych dziejach, w którym to konie arabskie nazywano “darmozjadami” i na różne sposoby próbowano je wyeliminować (wprowadzając choćby sztywne limity drastycznie ograniczające ich pulę). O tych okropnych latach i jednocześnie staraniach (nie uwieńczonych sukcesem) ratowania choćby rodu Gessura or.ar. za pomocą Omara II czy Ezraka Seglawi or.ar. poprzez Morocza, pisał w “Koniu Polskim” R. Pankiewicz w artykule “Wygasłe rody męskie w polskiej hodowli”! W istocie więc było zupełnie inaczej, niż sugeruje (wmawia) nam to admin - jakoby ówcześni hodowcy “lekką ręką” pozbywali się części rodów! To nieprawda! Jak można pisać publicznie tak niestworzone rzeczy (i to jeszcze ktoś, kto był red. naczelnym “KP” i osobiście znał autora)?! Niebywałe…

I ostatnia rzecz. Wśród wielu narodów i nacji, to właśnie polscy hodowcy okazali się być najbardziej przezornymi, uważnymi, systematycznymi i praktycznymi. Jako też jedynym, w pracy hodowlanej z rasą arabską, udało się im połączyć to, co wydawało się wręcz niemożliwe do zespolenia, a mianowicie urodę z dzielnością. Nie było to dziełem przypadku, a dwuwiekowych starań w celu zapewnienia “bogactwa form” swych stad (nie ustających wysiłków na rzecz dolewu świeżej krwi). W tym czasie nasi poprzednicy byli świadkami tego – na przykładzie schyłkowego stanu hodowli J. Dzieduszyckiego – czym (jak fatalnie) kończy się zawężanie puli genetycznej danej hodowli. Stworzona na powyższych zasadach (pryncypiach) polska “odmiana konia arabskiego” wyróżniała się znakomicie, na tle innych: zdrowiem, witalnością, odpornością, harmonijnością, prawidłową budową i wydatnym ruchem. Nasze konie zachwycały walorami użytkowymi (wszechstronnością), jak też inteligencją, żywotnością i plastycznością - świetnie łącząc z innymi, wszędzie tam, gdzie tylko zawędrowały. Prawdziwą chlubą naszej hodowli – oprócz wybitnych klaczy - były żywe przypadki “połączenia wody z ogniem” (Orla, Orgia, Arra, Draperia, Złota Jesień, Gizela, Saszetka, Dalida, Euzebia, Aryjka, Pepton, Wojsław, Pamir, Batyskaf czy Eldon). Wszystko to sprawiło, że marka “Pure Polish” była synonimem wartości, gatunku i klasy… Już absolutnym “majstersztykiem” był przypadek Arry, która zrazu wybitnie dzielna na torze (“trójkoronowana”), następnie zdobyła tytuł Championki Europy. Coś takiego nie miało miejsca w żadnej innej hodowli. Ba, typowy przedstawiciel linii Straight Egyptian, “rozleciałby się” po przegalopowaniu 200 metrów (o ile w ogóle byłby w stanie zagalopować), z kolei “bieguny francuskie” to bardziej konie berberyjskie, niż arabskie (tylko Tierskowi udało się zbliżyć tu do nas, ale to z tego powodu, iż swą hodowlę oparli głównie na zrabowanych z Janowa klaczach). Kluczem do rozwiązania fenomenu Arry jest jej rodowód, w którym widać cały mechanizm “walki” o jej bioróżnorodność: Bandos (Ibrahim) – Arba po Comet (Kuhailan Afas) – Abhazja po Omar II (Gessur) – Arfa po Witraż (Kuhailan Haifi) – Bałałajka po Amurath Sahib (Bairactar). Każdy ród męski (organicznie różny, niepowtarzalny – co słusznie zauważyła pani profesor Głażewska) dołożył tu “swą cegiełkę”, a wszystkie złożyły się na plastyczność ustroju i genialność formy, tj. klasę i uniwersalizm Arry. Na takim to kanonie - zasadzie różnorodności, bogactwa form i ustrojów, zmienności rodowej kolejnych męskich przodków – budowano zawsze wartość (wielkość) polskiej hodowli koni arabskich. Była to “konstrukcja” nie tylko głęboko przemyślana i pozytywnie sprawdzona w toku dwuwiekowego procesu hodowlanego, ale też (przy tym) zasadniczo odmienna od egipskiego modelu hodowlanego, a już na pewno tego “pokazowego” (Straight Egyptian), opartego w istocie na “monokulturze” rodu Saklawi I… Czy aby więc na pewno – lekceważąc własną spuściznę, zdrowy rozsądek i resztki ambicji - chcemy pójść taką właśnie (ową egipską) drogą? Analizując różne przypadki hodowlane, widać wyraźnie jak sama natura “łaknie” co jakiś czas odnowienia, odświeżenia, wzmocnienia, “przewietrzenia” (jak bardzo “dusi się”, gdy powietrze staje się coraz bardziej stęchłe, toksyczne). Niech tymi będzie choćby heterozja geograficzna, obcy ogier, nowy ród. Casusy Palasa, Probata, Monogramma i Gazala Al Shaqab ukazują jak fantastycznie zareagowało nasze stado mateczne na coś nowego i świeżego; jak bardzo podniosła się skala efektywności hodowlanej! Tak np. wymiaru specjalnej cenności hodowlanej przydaje Pętli fakt, że jest – po ojcu (Visbadenie) z usuniętego z hodowli państwowej rodu męskiego (Koheilana Adjuze or.ar.), gdyż dzięki temu jest bardziej heterozygotyczna, niż inne (podobnie jest z El Fathą po Entyku itd.)...

W żadnym więc wypadku nie jest wskazane zawężanie puli genetycznej (różnorodności form i ustrojów)! Wręcz przeciwnie, zalecane jest okresowe poszerzanie i pogłębianie skali bioróżnorodności, gdyż jest to optymalna droga do sukcesu hodowlanego. Nie tylko więc nie możemy zamykać się (teraz, ani nigdy) w obrębie jednego rodu męskiego – nawet jeśli jest nim Saklawi I – to jeszcze powinniśmy się otwierać na nowe rody i walory (Mirage or.ar., Latifa or.ar., nawet Amera or.ar., już nie mówiąc o reintrodukcji Koheilana Adjuze or.ar.). Tylko tak, w sytuacji gdy już tak wiele klaczy stadnych jest córkami ogierów Saklawi I, a coraz więcej ma ich też od strony żeńskiej (jako dziadków). Już więc tylko patrzeć, jak znaczącą część polskiego stada matecznego będą tworzyć klacze mające geny Saklawi I także już w trzecim pokoleniu – a stąd już tylko krok do wspomnianego modelu egipskiego i tyleż obłędnych wizji (planów) Stojanowskiej. Niby to ma być owo “najlepsze rozwiązanie” - doprowadzenie się, w istocie, do zguby? No bez przesady... R. Raznowiecki
Dodaj komentarz
Zasady komentowania*
Zawsze akceptuj komentarz zarejestrowanego użytkownika.
Tytuł*
Nazwa*
E-mail*
Strona www*
Ikona wiadomości*
       
Treść*
URL E-mail Link obrazka Zarządca obrazków Buźki Flash Youtube Kod Cytat

Pogrubienie Kursywa Podkreślenie Przekreślenie  Do lewej Wyśrodkowanie Do prawej  


Kliknij Podgląd aby zobaczyć zawartość po zmianach.
Opcje*
 
 
 
Kod potwierdzający*

Kliknij tutaj, aby odświeżyć obrazek, jeśli nie jest wystarczająco czytelny.


Wpisz znaki widoczne na obrazku
Kod rozróżnia małe i wielkie litery
Liczba prób, które możesz wykonać: 5