| Hipokryzja do kwadratu |
Autor: Gość Wysłano: 18.11.2019, 16:34:24 Państwowej hodowli koni arabskich z misją ochrony puli genetycznej nie da się prowadzić bez państwowych dotacji. Prawda, czy fałsz? Rządząca w latach 90-tych władza przekształciła państwowe stadniny koni w spółki prawa handlowego, co nałożyło na te stadniny obowiązek wypracowywania zysku na koniec każdego roku i pozbawiło je możliwości uzyskiwania dotacji państwowych. Prawda, czy fałsz? Sprzedaż koni na aukcjach i przetargach stała się więc głównym źródłem przychodów umożliwiających finansowanie państwowej hodowli koni arabskich. Działo się to kosztem stałego uszczuplania na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat owej puli genetycznej, bo sprzedawano konie wedle kryterium najwyższej ceny. Sukces finansowy dyrektorów/prezesów Treli i Białoboka wynikał z takiej właśnie filozofii działania. Prawda, czy fałsz? Dzierżawy klaczy z opcją pobierania embrionów były praktykowane już wcześniej przez ww. prezesów. Jako oferentów nie interesowała ich kwestia różnorodności alleli, czy też braku tej różnorodności. Dla dzierżawiących takie genetyczne "niuanse" były również bez znaczenia. Dla obydwu stron liczył się doraźny zysk. Prawda, czy fałsz? Polityka generowania zysku kosztem uszczuplania puli genetycznej prowadzona latami przez byłych prezesów nie była krytykowana przez osoby teraz wypowiadające się krytycznie w tej kwestii. Prawda, czy fałsz? Nikt z oburzonych nie kwestionował wcześniej zabójczej dla państwowej hodowli formy własności tych stadnin. Prawda, czy fałsz? Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Teraz, gdy po przeszło dwóch dekadach wyprzedaży worek z pulą genetyczną zaczyna być coraz bardziej pusty, nagle płacz i lament. Hipokryzja do kwadratu. Stadnina nie ma innego wyjścia jak szukać pieniędzy poprzez sprzedaż cennych klaczy. Oczywiście tego nie pochwalam, ale istniejący stan rzeczy jest efektem destrukcyjnej dla państwowej hodowli koni arabskich formy własności. Mimo to Jerzy Białobok twierdzi, że stadniny winny finansować się same. A Pan, Panie Raznowiecki chyba nie ma żadnej wiedzy o tym jak wyglądają finanse wielkopowierzchniowego gospodarstwa rolnego, ani też jak zarządza się tego typu placówką. Proszę mi wierzyć, jest to wyższa szkoła jazdy. Jednak twierdzi Pan, że jest sposób na pogodzenie interesu hodowlanego z koniecznością uzyskania zysku niezbędnego dla funkcjonowania stadniny. Skoro tak dziwię się, że nie został Pan dotąd guru biznesu. Proszę uchylić rąbka tajemnicy, w jaki sposób stadnina mogłaby uzyskać do końca roku przychód w wysokości, powiedzmy, drobnych 500 tysięcy lub miliona złotych? Konkretnie, co by Pan zrobił? Proszę pamiętać, że pieniactwo nie poparte konstruktywnymi uwagami budzi tylko politowanie. I aż strach się bać. Beata Kumanek |

