| Veto dla Czochańskiego w Janowie (uzasadnione, więc konieczne) |
Autor: Gość Wysłano: 30.12.2019, 19:29:19 Tym razem rozwinę temat (wątek), który tylko zasygnalizowałem w poprzednim tekście, a ze wszech miar wart jest pogłębienia. Mianowicie chcę opowiedzieć o tym, jak wygląda w praktyce „czochańska rzeczywistości”, gdy – koniec końców – „coś tam” jednak (z płci żeńskiej) znajdzie się w ofercie przetargowej. Jako się rzekło, w Janowie wystawienie koni do przetargu to jedno, a ich skuteczne zbycie to już zupełnie inna historia. O ile z wałachami czy (po)wyścigowymi ogierami idzie relatywnie dość gładko, to już ze zbyciem klaczy słabszej jakości – tych „drugoligowych” i niżej – występuje ogromny (wielowątkowy) problem. Ilustracją tego stanu rzeczy niech będą przykłady Wereny czy Elsandry – tkwiących od miesięcy w ofercie trybu przetargowego (tą ostatnią wystawiano też na aukcjach, bo gdybym napisał, iż próbowano sprzedać, to bym cokolwiek przesadził). A przecież nie jest tak, iż te klacze nie wzbudzały żadnego zainteresowania kogokolwiek. Na pewno byli (zgłosili się) chętni by je nabyć. Cóż jednak z tego, skoro zaraz potem zderzyli się tam „ze ścianą”, w postaci zbyt wygórowanych (nierealnych) żądań cenowych – zaczynających się w Janowie zwyczajowo od progu 10 tys. euro za klacz. W praktyce żadne mniejsze kwoty (inne opcje i rozwiązania) dla pana Czochańskiego nie istnieją – jako zbyt odległe jego percepcji (rozumieniu rzeczywistości) – czego ofiarą padają też inne janowskie klacze (na zbyciu), jak choćby Barta, Biruna czy Eufrazja... Nie jest to jednak jedyny problem problem tutaj (związany z tym zagadnieniem otwartej oferty przetargowej), gdyż każdy nią zainteresowany natknie się na pierwszą „przeszkodę” już przy próbie dodzwonienia się pod numer specjalnie dedykowany tejże (sic!). Gdy już – w obliczu bezskuteczności poprzednich prób – dodzwoni się w końcu na sekretariat, to albo natknie na p.o. prezesa, z rozmowy którym zrazu nic nie wyniknie (poza zdawkowym „proszę złożyć ofertę”), albo też na panią Stefaniuk, która jest w stanie „zblokować” niemal każdego kwotami „wziętymi z sufitu” (kilkunastu tysięcy euro za klacz wartą kilka tysięcy euro). Co jednak, tyleż niebywałe, co przerażające – do tych państwa nie trafiają żadne racje, fakty i argumenty, jak choćby takie, że inne są kryteria wyceny konia „aukcyjnego” (aukcje rządzą się swoimi prawami), a inne „przetargowego”; iż w procesie zbywania konia nie ma prawa wystąpić takie zjawisko, jak jedna, sztywna cena „wbrew wszystkiemu i ponad wszystko”; iż w mechanizmach sprzedaży zachodzą ciągle procesy wartościujące, w których grają rolę nie tylko stałe reguły, ale też bieżące okoliczności i uwarunkowania rynkowe; iż decyzja o wyselekcjonowaniu (w rezultacie zbyciu) konia musi być spójna i konsekwentna, więc też charakteryzować dobrą wolą oraz determinacją (rozumianą jako umożliwienie) jego sprzedaży; iż sprzedający powinien wychodzić „frontem do klienta”, a nie odwracać się do niego plecami i robić wszystko, by mu zohydzać swą ofertę… Po takim „powitaniu” zainteresowanego, jakie ma dziś miejsce w Janowie, jego chęć zakupu tam konia drastycznie maleje; co więcej, drugim razem dwa razy się zastanowi nim znów odważy się zadzwonić tam ponownie… Poznajmy historię Parimali, by lepiej wczuć się w tę (dość duszną i mało przyjemną) atmosferę – procesu nabywania klaczy na przetargu w „czochańskiej rzeczywistości”. Ta córka Polona i Papui (zdecydowanie nie wybijająca się ponad poziom „drugiej czy nawet trzeciej ligi”) „wisiała” dłuższy czas, obok Wereny i Elsandry, w owej ofercie przetargowej – nie ciesząc się zbytnim zainteresowaniem, szczególnie na tle swej półsiostry. Nawet jednak jako taka „wpadła ongiś w oko” pewnej pani – tak oto potwierdziło się w praktyce stare przysłowie pszczół, mówiące iż „nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba”. W tym przypadku miały miejsce właśnie takie – niepojęte z racjonalnego punktu widzenia, gdyż inspirowane zasadniczo metafizycznie – procesy biologiczno-chemiczne (między tą panią i klaczą). Zaangażowana emocjonalnie pani zapragnęła nabyć tę właśnie, a nie inną córkę Polona – w efekcie czego złożyła swą ofertę (sensowną i racjonalną; rynkową). Ani wtedy (biedna) nie pomyślała, w co – tym samym – się „pakuje” oraz ile zdrowia i nerwów/stresu (nie licząc kasy) będzie ją kosztować przeprowadzenie tej transakcji… Jej oferta została oczywiście odrzucona, gdyż nie sięgnęła jedynie akceptowalnego dla janowskiego zarządu, poziomu 10 tys. euro. Gdy więc zadzwoniła do Janowa, by bliżej zorientować się w ich oczekiwaniach, to okazało się, że janowscy włodarze chcą za Parimalę, 11 tys. euro (!), a więc dokładnie tyle, na ile rok wcześniej wylicytowali ją (na aukcji) Mongołowie (sic!) Tak się zafiksowali na tej kwocie, iż ani nie chcieli słuchać argumentów klientki, iż wszak tamci jej nie odebrali; iż aukcja to jednak coś innego, niż przetarg i rządzi się ona swoimi prawami, których nie można przenosić na inne tryby/okoliczności sprzedaży; iż taka kwota nie jest obiektywną wyceną jej wartości rynkowej; iż już dłuższy czas zostaje w tej ofercie i nie ma na nią chętnych; wreszcie, iż zwyczajnie nie jest warta tych 11 tys. euro! Wszystko jak grochem o ścianę… Zniechęcona tym klientka dała więc spokój (nie chcąc się „kopać z koniem”), a klacz kolejne miesiące „wisiała w zakładce do zbycia”, gdyż nikt więcej się o nią „nie zabijał”. W końcu, już na dobre zdesperowana klientka, podjęła ostatnią już próbę zawalczenia o bliską jej emocjonalnie klacz – składając nową, wyższą od poprzedniej, ofertę. Ta również została odrzucona, ale tym razem doszło już do bezpośrednich i tyleż trudnych negocjacji między stronami. W ich wyniku Parimala przeszła ostatecznie w dobre, może nawet w najlepsze ręce, jakie tylko sobie mogła wymarzyć (kochających ją ludzi) – tym samym dobiegła końca jej „janowska odyseja” i tyleż taka gehenna klientki. Co znamienne żadna ze stron nie uznała tej transakcji za sukces i obydwie zamknęły ją zdegustowane. Klientka, gdyż ze świadomością faktu, że była zmuszona zapłacić cenę powyżej realnej wartości rynkowej (iż wykorzystano jej uczucia, by wyciągnąć od niej ile tylko się dało). Janowscy włodarze, gdyż nie udało się im "wydrzeć więcej", a tym samym dobić do absolutnie mitycznego dla nich poziomu 10. tys. euro. (na którym to „świat” się dla nich zatrzymał)... Co gorsza, ani wnioski płynące z tej choćby historii, ani też upływający czas niczego nie zmieniły w głowie/postawie p. Czochańskiego, gdyż kilka miesięcy później – 7 XII na Służewcu – zademonstrował dokładnie taką samą (tępą) postawę: „człowieka jawnie oderwanego od rzeczywistości”, którego filozofia sprowadza się do prostego mechanizmu: „albo płacisz co najmniej 10 tysięcy euro, albo spadaj”... Zastanawiam się jakim „kodem” (jak bardzo „intelektualnym”) należałoby rozmawiać z tym człowiekiem, by cokolwiek do niego dotarło? By był w stanie przyswoić proste prawdy, reguły czy mechanizmy? A może byłaby to kolejna „mission impossible”, gdyż niemożliwe jest dotarcie do umysłu człowieka tak zaimpregnowanego na rzeczywistość? Może byłoby to „jak rozmawiać ze ślepym o kolorach”? Już tego nie sprawdzę (zresztą nie miałbym na to najmniejszej ochoty)… Wyłączną zasługą klientki jest, że doszło do ostatecznego zbycia Parimali – jej ogromnej determinacji i dobrej woli, gdyż zarząd zrobił wiele, by nie miała ona miejsca (by klacz została „kisić się” w Janowie). W tym stanie rzeczy rodzą się pytania: 1. Czy faktycznie ma to tak wyglądać? 2. Czy nabywanie klaczy na janowskim przetargu musi się wiązać z gehenną każdego, kto na dzień dobry nie „przyniesie w zębach” 10 tys. euro (bez względu na to, jakiej kategorii czy gatunku klacz chce nabyć)? 3. Czy akt nabywania tam klaczy musi się sprowadzać do ich „wyrywania stamtąd”? 4. Jaki „mądry” wmówił owemu, p.o. prezesa, iż nie może zbywać przedstawicielek płci żeńskiej poniżej tych głupich 10 tysięcy euro – że ten się tak tego trzyma jak „pijany płotu”?! 5. Co zrobi z tymi klaczami, które nie pójdą za taką kwotę (kiedy nie znajdzie się więcej zdeterminowanych romantyczek skłonnych przepłacić, byle tylko nabyć wymarzonego konia)? 6. Tak ma wyglądać „selekcja” w janowskim stadzie; w taki sposób ma przebiegać zbywanie ich nadwyżki hodowlanej? 7. Co to ma być w ogóle? Przecież to jakiś obłęd! Czy do tego człowieka, ani też do instytucji sprawujących nad nim nadzór właścicielski nie dociera, że to jawne (prymitywne) działania na szkodę finansową spółki?!… Na ostateczny wybór danego ogiera wpływa kilka elementów, jak choćby jego typ, image, klasa reproduktorska, dopasowanie do klaczy czy zakładane cele hodowlane, ale na samą decyzję o jego ostatecznym użyciu wpływają już bardziej prozaiczne powody/okoliczności, tj. możliwości finansowe właściciela klaczy oraz „geografia” i „logistyka”. Dla hodowców mniej zamożnych; siłą rzeczy rozsądniej podchodzących do swych poczynań, każdy tysiąc złotych w tę czy drugą stronę, nie jest bez znaczenia. Tym bardziej wtedy, gdy nie ma się żadnej pewności, że wydając tysiąc zł więcej, zagwarantujemy lepszy efekt końcowy. Gdy więc taki hodowca stanie przed wyborem czy wydać 4500 PLN na Paladida, czy 3240 PLN na El Omariego; czy wyłożyć 4500 PLN na Piaffa lub Poganina, czy wystarczy 2160 PLN na Kabsztada lub Złotego Medala, to raczej wybierze tańsze rozwiązania, idąc tak „śladem michałowskim” ( w większości tych przypadków, w których „geografia/logistyka” nie będzie przemawiać jednoznacznie, pomimo wszystko, na korzyść Janowa)... Na pewno więc do erozji bilansu finansowego janowskiej stadniny przyczyniła się też decyzja (obowiązująca od sezonu rozpłodowego 2018, a więc co najmniej parafowana przez Czochańskiego) o zmniejszeniu upustu na nasienie janowskich ogierów dla klaczy wpisanych do PASB: z 50% do 30 %. Z tą chwilą każdy krajowy hodowca, zainteresowany realnie ich ofertą jest zmuszony wydać od 600 do 2400 zł więcej (w zależności od ogiera) za porcję nasienia. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż tym sposobem ich oferta stała się nie tylko mniej atrakcyjną (konkurencyjną) w relacji do michałowskiej (z 50 % upustem), ale też generalnie wobec rzeczywistości, tj. rosnących kosztów utrzymania i hodowli koni w Polsce. W naszym kraju tylko niewielka grupa prywatnych hodowców nie musi się liczyć z takimi „detalami”, jak dodatkowe, extra koszty. Rzecz jednak w tym, iż nie jest ona „grupą docelową” wobec janowskiej oferty, a wręcz ma z nią niewiele wspólnego – korzystając od lat z tyleż najmodniejszych, co najdroższych reproduktorów na świecie. Taką „grupę docelową” (najbardziej zainteresowaną janowskimi ogierami), tworzą głównie hodowcy o średnim lub małym potencjale finansowym (choć ci ostatni najczęściej jednak sięgają po ogiery własne lub sąsiada) – ludzie o mniej zasobnych portfelach, więc też liczący się z każdym dodatkowym wydatkiem. Tyleż więc sztywne, co bezrefleksyjne obniżenie owego upustu, musi się wiązać nieuchronnie ze „schłodzeniem produktu” na rynku, a tym samym – per saldo – z mniejszymi wpływami (przy tak dużej konkurencji). W ten sposób – zamiast większych zysków – raczej zetkniemy się z odwrotnym zjawiskiem, a tym samym pogorszeniem bilansu finansowego spółki... Reasumując. Rzadko „pazerność” przynosi najlepsze (pożądane) efekty. Najczęściej bowiem jest tak, że (jednostkowo) mniej daje (w efekcie) więcej. Można sporo zyskać, ale też stracić na dobrze i/lub źle ułożonej ofercie – by ją jednak właściwie ułożyć, wpierw trzeba mieć jednak pojęcie o zagadnieniu. Jak długo można wszystko (swą nieporadność i rosnące długi) tłumaczyć tylko suszą i dekoniunkturą na rynku koni?!... R. Raznowiecki |

