A co z panem, panie Humięcki?

Data 18.08.2016, 23:00:00 | Temat: Felietony

Na kolejnej konferencji prasowej, jaką zorganizowała Agencja Nieruchomości Rolnych, jej prezes Waldemar Humięcki, tryskał dobrym humorem. Nie dziwię się. Za wielkie zamieszanie i wstyd, jakim była aukcja - nie mówię o wyniku finansowym, a o przekrętach, zwłaszcza o dwukrotnej sprzedaży Emiry – zapłacił stanowiskiem kto inny. Wiceprezes tejże Agencji Karol Tylenda. Podał się do dymisji, a tę minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel przyjął. Humięcki stołek zachował. 


Nie ma powodów żałować Tylendy, bo facet mówił szybko i dużo, ale niestety często niezbyt mądrze. Propagandzistą okazał się kiepskim, a jeśli to on zarządzał całą akcją sfałszowanej pierwszej licytacji Emiry – a wszystko na to wskazuje – to nie ma go co żałować.

A co z drugim kupcem?

Wrócę jeszcze do tej pierwszej licytacji.

Za pierwszym razem wylicytowano Emirę za 550 tys. euro, ale kupiec się nie zgłosił. Ktoś po prostu się wycofał, więc licytacja była bezskuteczna. Takie rzeczy czasami się zdarzają. Wyjaśnimy tę sprawę - mówił Tylenda zaraz po aukcji, kiedy jeszcze był wiceprezesem ANR. W podobnym duchu wypowiadał się Humięcki na czwartkowej konferencji i wcześniej w radiu.

 

Obaj panowie mówili o jednym kupcu, który wylicytował 550 tysięcy, a potem zniknął. A dlaczego nie mówicie panowie o dwóch kupcach? Przecież ich musiało być co najmniej dwóch, aby licytacja doszła do tego poziomu. Proponuję jeszcze raz uważnie przeczytać moją relację z rozmowy z Anette Mattsson, która licytował Emirę (bezskutecznie) za pierwszym razem, a potem kupiła za drugim podejściem.

W przypadku pierwszej licytacji podnosiła rękę do momentu, kiedy na tapecie było 300 tysięcy euro. Następnie się wycofała. Potem z ust aukcjonera padła suma 350 tysięcy. A potem kolejne: 400, 450, 500 i 550 tysięcy euro. Pięć tzw. postąpień (podwyższeń, podbić – jak kto woli). To nie mogła być jedna osoba. Musiały być co najmniej dwie, jak nie więcej. Jeśli były tylko dwie, to jedna musiała trzy razy podnosić rękę lub innym gestem dać znać, że akceptuje kolejny pułap cenowy, a druga – dwa razy. Dlaczego więc ani aukcjoner, ani jego pomocnicy nie byli w stanie zlokalizować żadnej z tych dwóch osób?

 

My znamy odpowiedź – bo tych osób fizycznie nie było. Nikt - w sensie żaden kupiec - nie licytował powyżej 300 tys. euro Emiry. Aukcjoner licytował ze ścianą. Podpowiadam prokuraturze – należy przesłuchać aukcjonera i jego pomocników, tzw. ringmasterów, aby wydobyć tę prawdę oczywistą dla wszystkich, którzy są z branży pt. hodowla i sprzedaż koni arabskich.

Podłe insynuacje

Zaraz po aukcji rzecznik prasowy ANR Witold Strobel próbował rzucić podejrzenia na byłego prezesa stadniny w Janowie Podlaskim Marka Trelę. W środę w wypowiedzi dla TVP Info powiedział:

Widzieliśmy, że były prezes stadniny w Janowie Podlaskim aktywnie mógł wpływać na decyzje uczestników aukcji. To wszystko w naszym odczuciu jest zachowaniem dwuznacznym moralnie. Tę sprawę też wyjaśnimy – podkreślił rzecznik. „Też”, bo zapowiedział, że sprawa „drobnego zgrzytu” w postaci dwukrotnej licytacji Emiry też będzie wyjaśniana. W podobnym tonie wypowiadał się prezes ANR Witold Humięcki w czwartek, najpierw rano w radiu, a potem na konferencji prasowej.

Na razie nic nie sugeruję, ale z niesmakiem patrzyłem, jak były prezes siedzi w otoczeniu kupców  - powiedział.

 

Pan Humięcki niczego nie sugeruje, ale tak naprawdę właśnie sugeruje. Tylko co? Że Marek Trela był tą osobą, która krzyknęła 550 tysięcy, a potem uciekła do ubikacji? A może nakazał Anette Mattsson podnieść rękę przy zawołaniu 550 tysięcy, a potem schować się do mysiej dziury? A może kierował spiskiem, w który wciągnął większą liczbę kupców, a oni posłuszni jego woli, najpierw podnosili ręce przy kolejnych sumach (350, 400, 450, 500, 550 tys.), a potem się odwrócili do ściany i udawali, że to nie oni?

Pomocny telefon

Marek Trela pojawił się na chwilę obok Anette Mattsson podczas pierwszej licytacji. Ludzie to widzieli, więc rozmawiając ze szwedzką pośredniczką, zapytałem ją o tę sytuację. Zapytałem wprost – czy Marek Trela jej doradzał przy kupnie Emiry. Zaprzeczyła. Wyjaśniła też na czym polegała pomoc Marka Treli. Otóż w trakcie licytacji menedżerka katarskiej stadniny Al Thumama starała się dodzwonić do Anette, ale nie udawało się jej to. Więc zadzwoniła do Marka Treli z prośbą, aby powiedział Szwedce, że nie może się z nią połączyć. Ale Marek Trela po prostu podszedł do Anette i udostępnił jej swój telefon, na którego drugim końcu była pryncypałka Anette. Ot i cała pomoc w tej konkretnej sytuacji.

 

A jeśli chodzi o obecność na aukcji Marka Treli (czy Jerzego Białoboka) w sektorze dla kupców, to:

• Po pierwsze, w ich kontraktach nie ma zapisów o zakazie pracy w konkurencyjnej firmie przez np. dwa lata, ale i nie ma odpraw, które pozwoliłyby w ogóle przez dwa lata nie pracować.

• Po drugie, są wolnymi ludźmi i mogą rozmawiać z kim chcą i przebywać gdzie chcą.

• A po trzecie, jeśli coś doradzali potencjalnym kupcom, to na pewno nie było to odwodzenie  od kupowania koni, a wręcz przeciwnie – zachęcanie do kupowania, bo obaj są ludźmi, którzy przez wiele lat pracowali uczciwie w stadninach, są ich – że się tak wyrażę – patriotami i chcą dla tych stadnin jak najlepiej. Choćby dlatego, że może któregoś dnia do nich wrócą. Wrócą na swoje miejsce.

 

A teraz wrócę do tytułu. Czy za jawny przekręt, jaki miał miejsce przy sprzedaży Emiry, odpowiada tylko wiceprezes ANR? Przecież prezes Humięcki był cały czas na miejscu i wszystko – no właśnie tylko oglądał, czy nadzorował? Czy jego podwładny mógłby wydawać decyzje typu – jak będzie słabe zainteresowanie Emirą, to oszukujemy i ciągniemy cenę do 500-550 tysięcy euro – bez akceptacji swego przełożonego? Czy bez jego zgody mógłby podjąć decyzję, która de facto obnażyła przekręt, o ponownym wyjściu Emiry na ring aukcyjny?

  

Panie Humięcki! Pan odpowiada za ten wstyd, za zniszczenie marki aukcji, za rozlanie się po całym świecie wieści, że teraz na aukcji w Janowie oszukują – w takim samym stopniu, jak Pana zastępca. Pan też powinien się podać do dymisji. Pan powinien być zdymisjonowany.

Niestety, nie mam złudzeń. Wiem, w jakim kraju obecnie żyjemy. Kto nim rządzi. Jakie w naszym kraju obowiązują obecnie standardy. Nie mam też złudzeń co do wyniku ewentualnego śledztwa prokuratorskiego. Wiem przecież, kto kieruje „niezależną” prokuraturą. Jednak obok prawa jest jeszcze pamięć ludzka i poczucie przyzwoitości. Poczucie, jak powinno być. Któregoś dnia Pan za to zapłaci. Mam na myśli nie tylko skandal na samej aukcji, ale przede wszystkim „dobrą zmianę” w stadninach, od której się to wszystko zaczęło.

Marek Szewczyk

 

 

 

 

 

 





Ten artykuł pochodzi ze strony HipoLogika Marka Szewczyka
http://hipologika.pl

URL tej publikacji:
http://hipologika.pl/modules/news/article.php?storyid=231