Strona startowa | O mnie | Blog | Linki | Napisz do mnie
 
Archiwa
 

Archiwa

A to ja
 

Marek Szewczyk fot. Włodzimierz Sierakowski


Marek Szewczyk

Odwoływać czy nie odwoływać?

Nadesłany przez Marek Szewczyk 1.07.2026, 13:30:00 (635 odsłon)

Weekend 26-28 czerwca 2026 roku zostanie zapisany w annałach pomiarów meteorologicznych jako rekordowy. Jeszcze nigdy w Polsce (od kiedy pomiary są dokonywane) nie zanotowano 40,1-40,2 stopnia Celsjusza w cieniu. Takie temperatury zanotowano w Toruniu i w Słubicach.

 

Weekend ten przejdzie też do historii polskiego jeździectwa, gdyż organizatorzy różnej rangi zawodów jeździeckich czy wyścigów konnych planowanych na te dni stanęli przed nie lada wyzwaniem. A wielkim echem w całym środowisku jeździeckim odbiło się to, co się wydarzyło podczas zawodów międzynarodowych w WKKW w Strzegomiu, a właściwie w Morawie (do tego wrócę za chwilę).



Na odwołanie dwudniówki wyścigowej (27-28 czerwca) zdecydowała się spółka-córka Totalizatora Sportowego zarządzająca wyścigami konnymi na Służewcu. Przytaczam ten fakt, gdyż potem wiele osób powoływało się na ten przykład. A swoją drogą, ciekawe, jak władze wyścigowe wybrnęłyby z takiej sytuacji, gdyby te rekordowe upały wypadły w dniu Derby, kiedy rozgrywanych jest jeszcze kilka innych ważnych (imiennych) gonitw, a wszystko w otoczce wielkiej gali?

  

Jeśli chodzi o zawody jeździeckie planowane na ten weekend, to chyba wszystkie się odbyły. Tylko większość organizatorów zmieniała rozkład dnia, np. planując dłuższą przerwę w środku dnia.

 

Na zawodach ujeżdżeniowych w Prudniku było bardzo łatwo rozegrać kilka konkursów rano, od 8.00 do ok. 11.00, bo to oznaczało, że sędziowie ocenili w tym czasie zaledwie 17 przejazdów, a potem (17.00-19.00) kolejnych 12 przejazdów. Jednym słowem, zarówno zawodnicy i ich konie, jak i sędziowie mieli komfortową sytuację.

 

Aż takiego komfortu nie było na zawodach w skokach, bo tam frekwencja zawodników jest zawsze dużo większa niż w ujeżdżeniu, ale np. w Jaszkowie, podczas CSI2, w sobotę konkursy rozgrywano od 6.00 do 13.00, a potem od 16.00 do zmierzchu. W niedzielę zaś (już po awanturze w Strzegomiu), plan został skorygowany tak, że konkurs 140 cm rozpoczął się o godzinie 5.00 (!), Grand Prix – o 7.15, a konkurs ostatniej szansy – o 10.15. O godzinie 11.00 było już po zawodach.

Jak było w Morawie

W Morawie początek krosów w sobotę też zaplanowano wcześniej niż zazwyczaj, bo o godzinie 7.00, a potrwać miały do 14.00 (i potrwały). A od 17.00 miały się rozpocząć skoki w klasach krajowych. Na niedzielę zaś zaplanowane były skoki w sześciu klasach międzynarodowych oraz krosy w klasach krajowych oraz dwóch międzynarodowych.

 

Ale plan tego, co się miało wydarzyć w sobotę począwszy od godziny 17.00, został zburzony przez interwencję trojga aktywistów Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt (DIOZ), których po jakimś czasie wsparła wulgarna influencerka nazywana (nie bez powodu) Pato-Laluna. To wrzaskliwe i napastliwe towarzystwo zablokowało kontynuację zawodów, wykrzykując, że zmuszanie koni do wysiłku przy temperaturze sięgającej 40 stopniu, to zbrodnia. To „mordowanie koni”.

 

Jak awanturniczą i wulgarną osobą, zwłaszcza w stosunku do jeździeckiej młodzieży, której – co zrozumiałe – nie podobało się to, że im się przeszkadza w uprawianiu ich ukochanego sportu jeździeckiego, okazała się owa patologiczna influencerka, nie będę się rozpisywał. Zapewne większość z tych, którzy czytają ten tekst, widziała filmiki na FC, istagramie czy platformie X.

 

W skrócie tylko o tym, jak się dalej potoczyły zawody po ponad 2-godzinnych pertraktacjach organizatora wspieranego przez powiatowego lekarza weterynarii oraz policję. Ok. 19 pojawił się komunikat, że skoki dla krajowych klas mają się rozpocząć o 20.15, ale niedzielne krosy są anulowane. Dla uczestników międzynarodowych klas, które są już po krosach, niedziela zacznie się o 6.00 przeglądami koni, a od 7.00 będą rozgrywane konkursy skoków. Wszystko zostało zaplanowane tak, aby skończyć do godziny 10.00. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to właśnie niedziela miała być tym najgorętszym dniem. I ostatni koń zjechał z parkuru ok. 9.45.

 

A dlaczego niedzielne krosy dla klas krajowych i dwóch międzynarodowych – które przecież też można by zacząć rozgrywać równolegle od godziny 7.00, zostały anulowane? Bynajmniej nie dlatego, że organizator obawiał się 40-stopniowego upału, bo do godziny 10.00 takie temperatury nie miały się pojawić. Chodzi o to, że w sobotniej naradzie na szczycie, policja ostrzegała przed eskalacją wydarzeń. O ile mogła zabezpieczyć teren, gdzie rozgrywane miały być skoki, o tyle zabezpieczenie całej trasy krosu było praktycznie nierealne. A trzeba było wziąć pod uwagę taki oto scenariusz, że któreś z aktywistów DIOZ (bądź ten wulgarny babsztyl) wtargnie na trasę i będzie próbować zastopować galopującego konia. A wówczas tragedia jest możliwa.

WBGT

Już w sobotę, kiedy w internecie rozpętała się burza i wiele osób komentowało to, co się wydarzyło w Strzegomiu, w komentarzach potępiających chamskie zachowanie Pato-Laluny, czy zwracających uwagę na wiele spraw sądowych, jakie mają wytaczane aktywiści DIOZ, pojawiły się głosy, że jednak zawody ze względu na upał powinny być przerwane, że zmuszanie koni do wysiłku przy tych temperaturach jest nieetyczne.

 

Nie podzielam tej opinii. Jako absolwent Zootechniki i koniarz wiem, że koń jako gatunek bez problemów znosi zarówno 20-stopniowe mrozy i nie potrzebuje ciepłej derki (oczywiście o ile nie jest golony), a z drugiej strony w lecie daje sobie świetnie radę na pastwisku czy padoku, kiedy temperatura przekracza 30 stopni. Takie warunki spotykał kiedyś w swoim naturalnym środowisku, czyli na stepie. A udomowienie konia aż tak dużo nie zmieniło w jego fizjologii.

 

Wiem, że koń sportowy, jeśli jest w regularnym treningu, a zwłaszcza w treningu do WKKW, jest w stanie bez uszczerbku dla zdrowia znosić duży wysiłek, czyli jest w stanie szybko galopować i przeskakiwać przeszkody, nawet w wysokich temperaturach.

 

Ale jak wysokich? Czy jest jakaś granica, której przekraczać nie wolno? Jeśli tak, to kto tę granicę wyznaczył? Na jakim poziomie? Czym ona jest mierzona? Czy tylko temperaturą? Czy przepisy FEI lub PZJ jasno tę granicę wyznaczają?

 

Tę granicę zacząłem poszukiwać też z innego powodu. Chodzi o prawo. Jeśli organizator ma ubezpieczone zawody, a musi je odwołać, to musi podać przyczynę. I to dobrze uargumentowaną, bo wiadomo, że firmy ubezpieczeniowe wykorzystają każdą lukę, aby ubezpieczenia nie wypłacić.

Jeśli organizator odwołałby zawody na dwa dni przed pierwszą próbą (np. we wtorek, kiedy ujeżdżenie zaczynać się miało w czwartek), powołując się na prognozy pogody, że w sobotę i niedzielę ma być ok. 40 stopni Celsjusza, to ubezpieczyciel zażąda pokazania mu przepisu, który mówi, że przy 40-stponiowm upale nie wolno rozgrywać zawodów.

 

A takiego paragrafu ani w przepisach FEI, ani PZJ nie ma.

 

W komentarzach na FC natknąłem się na wpis, że przecież w Hiszpanii, Portugalii, gdzie wiosną, ale także latem, jest rozgrywanych wiele zawodów międzynarodowych w skokach, temperatury bardzo często przekraczają 30 stopni, a nierzadko dochodzą do 40. Podobnie jest na południu Francji, gdzie na Lazurowym Wybrzeżu odbywa się latem wiele prestiżowych zawodów (np. Global Champions Tour). Podobnie jest na Florydzie.

Jeśli sięgniemy do historii, to przecież igrzyska olimpijskie często odbywały się w miejscach, gdzie wysokie temperatury i wilgotność dają się we znaki mieszkańcom, a takich warunkach musiały być rozgrywane konkurencje jeździeckie. Pamiętam, jak gorąco było w Barcelonie, a gorąco i parno w Atlancie (bo na obu tych IO byłem). Podobnie było w Tokio, a ostatnio w Paryżu też były upały.

 

Jak sobie z tymi problemami radzono? Czy był (i czy nadal jest) wskaźnik, którym można mierzyć, kiedy konie mogą startować, a kiedy nie?

 

Okazuje się, że jest taki wskaźnik. To WBGT (Wet-bulb globe temperature).

  

To wskaźnik uwzględniający nie tylko temperaturę powietrza, ale także wilgotność oraz prędkość wiatru i promieniowanie cieplne. Służy do oceny wpływu gorącego mikroklimatu na organizm człowieka. Jest wykorzystywany w BHP (prawo pracy), sporcie oraz wojsku do zapobiegania udarom cieplnym.

 

Jeśli chodzi o sport jeździecki, to szczegóły można znaleźć w Eventing Memorandum. Jest tam zapisane, że jeśli index WBGT jest równy lub wyższy niż 32, to – zacytuję dokładnie po angielsku:

It means that climatic conditions are hazardous for Horses to compete in and will reguire further modifications to the competition. A po polsku brzmi to tak: „Oznacza to, że warunki pogodowe stanowią zagrożenie dla koni biorących udział w zawodach i będą wymagały wprowadzenia dalszych zmian w programie zawodów.”

 

Okazuje się, że jest licznik, którym można mierzyć ów index, tylko nikt w Polsce nie widział, jak to urządzenie wygląda. Bo do tej pory nie było powodów je używać na zawodach jeździeckich. Pamiętajmy jednak, że klimat się zmienia i 40-stopniowych upałów możemy się spodziewać w kolejnych lata i to niewykluczone, że takich weekendów będzie więcej. Warto więc, aby organizatorzy ważnych, cyklicznych zawodów międzynarodowych się w taki miernik zaopatrzyli.

 

Chociaż organizator zawodów w Morawie nie miał takiego urządzenia do pomiarów indexu WBGD, ale otrzymał od jakiejś firmy specjalizującej się w takich pomiarach wykres ilustrujący, gdzie przebiega czerwona linia. Przy jakich parametrach temperatury i wilgotności index osiąga 32 lub przekracza tę wartość.

 

W Morawie w sobotę w godzinach 12-14 (ostatnie krosy) temperatura nie przekraczała 35 stopni. Przy tej temperaturze i wilgotności 30% index wynosi 31. Prawdopodobnie wilgotność była mniejsza, bo pamiętajmy, że czerwiec jest w polskim klimacie najsuchszym miesiącem.

 

Konkludując, organizator zawodów w Morawie miał prawo nie przerywać zawodów, nie odwoływać ich w trakcie, gdyż wg wskaźnika WBGT nie została przekroczona czerwona linia.

  

Pamiętajmy, sam upał, bez dużej wilgotności, nie jest groźny dla koni.

  

Widocznie ta świadomość jest powszechna wśród zawodników, bo warto zwrócić uwagę, że żaden z nich nie wycofał konia przed sobotnim krosem, obawiając się skutków wysiłku w upale. A w dzisiejszych czasach 100% koni jest własnością prywatnych osób, czy to dosiadających ich jeźdźców, czy ich sponsorów. Zapłacili za te konie niemałe pieniądze i dbają o nie. Nikt z nich nie chciał zamęczyć konia. I nie zamęczył.

 

Jak w tym świetle wyglądają wrzaski aktywistów DIOZ-u czy tego babsztyla?

Organizacje prozwierzęce

W Morawie do akcji wkroczył cieszący się złą sławą DIOZ. Dlaczego złą? Nie będę się rozpisywał o tym, tylko zachęcam, aby wejść na FC na stronę „Prawda o DIOZ”, gdzie inni informują o tym, jak ta organizacja działa.

 

A jak działają inne organizacje? Zacytuję za zgodą Krzysztofa Szustera wpis na FC, jaki zmieścił pod moim tekstem (i filmem).

Marku! Równo dziesięć razy odpowiedziałem na apele różnych fundacji „ratujących” konie. Odpisywałem publicznie z imienia i nazwiska - zapłacę całą brakującą kwotę, przyślijcie mi tylko xero paszportu tego konia! I jak myślisz ile razy mi odpowiedziano?….1 raz!!! Przysłano mi xero, ale nie tego konia, na którego zbierano pieniądze! Od tego czasu nie odpowiadam i uznaję ich działania jako patologię i eko-terroryzm!

 

Inny mój znajomy opowiedział mi z kolei taką historię. Kilka lat temu miał taką sytuację, że jego koń wymagał operacji, na którą w tym momencie nie było go stać. Ta wieść rozeszła się wśród jego znajomych. I zgłosiła się do niego osoba z fundacji ratującej konie (nazwę fundacji pominę) z taką oto propozycją. Owego konia uwiążemy na grubym łańcuchu do płotu, jego nogi skrępujemy w ten sposób, w jaki kiedyś rolnicy wiązali koniom nogi przed wypuszczeniem ich na pastwisko, zrobimy zdjęcia i wrzucimy je do internetu z apelem o zbiórkę pieniędzy, aby ratować tego konia przed rzeźnią. Pieniędzmi ze zrzutki się podzielimy. Powinno wystarczyć na operację konia, a reszta dla nas.

 

Znajomy nie skorzystał z tej propozycji, ale od tej pory stracił zaufanie do wszystkich fundacji prozwierzęcych.

 

Czy wszystkie organizacje prozwierzęce działają w ten sposób? Taka teza byłaby zapewne niesprawiedliwa dla wielu z nich.

 

Zaryzykuję jednak taką oto tezę. Im bardziej jakaś organizacja jest aktywna w social mediach z publikowaniem filmików działających na emocje odbiorców, typu” ratujcie Zenka  bo za dwa dni trafi do rzeźni”, albo pokazujące obraz z ich interwencji, gdzie jest mnóstwo agresji słownej z obu stron, czy wręcz rękoczynów – tym u ich działaczy jest mniej empatii dla zwierząt, a więcej żądzy pieniądza. Im jakaś fundacja działa ciszej, tym tej empatii jest więcej, żądzy pieniądza mniej lub wcale.

 

Ale jak taką wiedzę rozpowszechnić wśród ludzi, którzy nie są koniarzami? Oto jest pytanie!

Marek Szewczyk

 

Wersja do druku Powiadom znajomego o tym artykule Utwórz .pdf
Tagi: WKKW   Upał   Morawa   DIOZ  
 
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Dodaj komentarz
Zasady komentowania*
Zawsze akceptuj komentarz zarejestrowanego użytkownika.
Tytuł*
Nazwa*
E-mail*
Strona www*
Treść*
Kod potwierdzający*

Kliknij tutaj, aby odświeżyć obrazek, jeśli nie jest wystarczająco czytelny.


Wpisz znaki widoczne na obrazku
Kod rozróżnia małe i wielkie litery
Liczba prób, które możesz wykonać: 5