Strona startowa | O mnie | Blog | Linki | Napisz do mnie
 
Archiwa
 

Archiwa

A to ja
 

Marek Szewczyk fot. Włodzimierz Sierakowski


Marek Szewczyk

Jak badano konie dorożkarskie w Krakowie

Nadesłany przez Marek Szewczyk 11.07.2026, 21:15:30 (104 odsłon)

Tych, którzy działają na rzecz ochrony zwierząt, niektórzy z nas nazywają ekoterrorystami. Na pewno rozciąganie tego określenia na wszystkich działaczy na rzecz poprawy bytu zwierząt czy to domowych, czy tych, które służą człowiekowi np. pracą na jego rzecz, czy dostarczając mu pokarmu, jest niesprawiedliwe.

 

Ostatnio z inicjatywy organizacji prozwierzęcych sejm uchwalił tzw. ustawę łańcuchową. Jeśli prezydent ją podpisze – a miejmy nadzieję, że tak postąpi – to nie będzie można już przywiązywać psów łańcuchem do budy. Nie będzie można w ogóle krępować psów łańcuchami. Takiemu działaniu organizacji prozwierzęcych można tylko przyklasnąć.

 

Ale są takie obszary działania tych organizacji, w których dochodzi do – użyję tu kolokwialnego określenia – przegięcia. I z takim przegięciem mamy do czynienia w przypadku akcji mającej na celu zakazanie pracy koni w dorożkach na krakowskim rynku i w jego okolicach.



Taka akcja rozpoczęła się kilka lat temu w Krakowie, a jej finał miał miejsce kilka dni temu. Protestujący argumentowali, że konie nie są przystosowane do pracy w głośnym, zatłoczonym centrum miasta. Ich zdaniem zwierzęta są narażone na stres, a wielogodzinna praca w takich warunkach negatywnie wpływa na ich zdrowie i długość życia. Że to nieetyczne wykorzystywanie pracy zwierząt, jedynie po to, aby dostarczać ludziom rozrywki.

Protestujący nalegali na krakowskich radnych, aby podjęli uchwałę zakazującą użytkowania koni w krakowskich dorożkach. Jednym słowem dorożki miały zniknąć z miejskiego  pejzażu, a turystów po rynku i okolicach miały wozić „ekologiczne” melexy.

 

Na szczęście krakowscy radni postanowili przed podjęciem decyzji – czy to na „tak”, czy na „nie” - zasięgnąć opinii fachowców. I tak powstał „Raport z badań koni dorożkarskich, pracujących w obrębie Starego Miasta w Krakowie.” Raport stworzyło grono znanych i uznanych lekarzy weterynarii, którym przewodził doktor nauk weterynaryjnych Marek Tischner.

 

Pomyślałem, że warto wnioski z tego raportu przybliżyć czytelnikom mojego bloga, aby poszerzyć wiedzę koniarzy (bo to grono głównie czyta moje teksty) i aby wyposażyć ich w merytoryczne argumenty, którymi będą mogli ewentualnie przeciwstawiać się fałszywym tezom „obrońców zwierząt.”

 

Warto mieć świadomość, że nie wszyscy obrońcy zwierząt są nawiedzeni, nie wszyscy działają, bo chcą błyszczeć, chcą, by o nich było głośno. Wielu z nich działa z potrzeby serca i nie ma świadomości, że ich działania są niekiedy szkodliwe dla zwierząt, bo nie znają ich fizjologii. A już zwłaszcza podchodzenie do koni, jak do ludzi, jest wielkim błędem.

  

Co badali członkowie komisji pod kierownictwem dr Marka Tischnera u koni dorożkarskich?

Badania dotyczyły trzech obszarów. Pierwszy – to ogólnie rzecz ujmując – obraz krwi, czyli morfologia, mikro- i makroelementy oraz składniki mineralne. Zbadano m.in. poziom selenu we krwi, ze względu na to, że Kraków leży na obszarze ubogim w zawartość tego ważnego dla prawidłowej pracy mięśni mikroelementu. Oznaczano również poziom kortyzolu, hormonu bardzo często używanego do określania stresu u zwierząt i ludzi.

 

Drugi obszar to pomiary liczby uderzeń serca koni oraz temperatura otoczenia, zarówno w czasie pracy, jak i podczas postoju. Tętno badano za pomocą pulsometrów, które zakładano koniom tuż przed wyruszeniem do pracy. Urządzenia te w sposób ciągły zapisywały liczbę uderzeń serca na minutę. Temperaturę powietrza z kolei mierzono tuż przy skórze zwierzęcia, na wysokości łopatki, za pomocą termometru przymocowanego do uprzęży. Zapisane dane kilkukrotnie w czasie dnia sczytywano do komputera.

 

Trzeci obszar to warunki mikroklimatyczne w miejscu postoju koni. Były one monitorowane około godziny 12, 14 oraz 18 przy pomocy urządzenia WBGT (wypożyczonego na czas badań przez UM Krakowa). Dodatkowo korzystano z termometru zawieszonego na ścianie Sukiennic i danych pomiarowych z czujnika Airly zawieszonego przy ulicy Mikołajskiej w Krakowie.

 

Przy okazji sprostowanie do informacji, jaką przekazałem w poprzednim wpisie na blogu. Otóż napisałem, że do tej pory nikt w Polsce nie widział, jak wygląda urządzenie do mierzenia indexu WBGT (co to jest za wskaźnik, odsyłam do owego poprzedniego artykułu). Okazało się, że nie jest to zgodne ze stanem faktycznym. Urząd Miejski w Krakowie ma takie urządzenie co najmniej od 2018 roku, bo wówczas sporządzony został raport, którego główne tezy i wnioski tutaj cytuję. Takie urządzenie ma też od jakiegoś czasu Tatrzański Park Narodowy, aby monitorować środowisko, w jakim pracują konie wożące  turystów na trasie do Morskiego Oka.

  

Wróćmy do krakowskich dorożek i ciągnących je koni. Co jeszcze ustaliła komisja pod wodzą dr. Marka Tischnera. W Krakowie, na Rynku i jego okolicach pracowało (wówczas, w 2018 r.) około 150 koni, należących do 35 właścicieli. Część koni była dowożona nawet kilkadziesiąt kilometrów do stajni w pobliżu Rynku, inne stacjonują w niewielkiej odległości i stamtąd, podobnie jak te dowożone, zaprzęgnięte do dorożek docierały na miejsce pracy. Minimalny odcinek jaki konie samodzielnie pokonywały w celu dotarcia do centrum miasta, to ok. 2,5 km, maksymalny ok. 12 km.

W zależności od dnia tygodnia, pogody, odległości stajni od Rynku Głównego i natężenia ruchu turystycznego, dorożkarze wyjeżdżali do pracy między godzinami 8 a 10, a powracali między 21 a północą.

Z zapisu pulsometrów wynikało, że konie w czasie dnia pracy mogły pokonywać nawet 60-90 km, a ich prędkość poruszania się nie przekraczała 15 km/godzinę.

Liczba uderzeń serca podczas postoju mieściła się między 38 a 45, a w czasie pracy od ok. 80 do 120 na minutę,  by po krótkotrwałym odpoczynku, szybko wrócić do wartości początkowych.

 

Badania wykonywano w najcieplejszych tygodniach wakacji, kiedy temperatura powietrza w cieniu, wczesnym popołudniem, kilkukrotnie przekraczała 28°C.

Podczas cytowanych badań tylko jednego dnia index WBGT osiągnął 28, a w pięciu innych zbliżył się do tej granicy. Warto zaznaczyć, że w momentach pomiaru temperatura otoczenia wynosiła 24-31°C.

Kiedy powietrze nagrzewa się do ponad 28°C dorożkarze zobligowani są do usunięcia koni z  postoju na Rynku i przestawienia ich na zacieniony postój u wylotu ulicy Mikołajskiej.

Wnioski

O oto końcowe wnioski przytaczanego raportu. Dwa z nich pominąłem, bo są to techniczne wskazówki co do tego, gdzie należałoby umieścić termometry do mierzenia temperatury powietrza.

 

• Wysokie temperatury powietrza nie powodowały istotnych, przekraczających fizjologiczne, zmian w kontrolowanych parametrach krwi badanych koni.

 

• Poziom badanych mikroelementów nie odbiega od fizjologicznych norm.

 

• Częstotliwość uderzeń serca utrzymywała się w granicach fizjologicznej normy.

 

• Nie stwierdzono procesu konwekcji ciepła z podłoża do kopyt (nagrzewania się puszki kopytowej).

 

• W trakcie badań nie stwierdzono stanu odwodnienia koni.

 

• Potwierdzono, że podczas upałów, optymalne warunki mikroklimatyczne występują u wylotu ulicy Mikołajskiej, w cieniu kościoła Mariackiego.

 

• Przy temperaturach przekraczających 28°C warto skorzystać z urządzenia WBGT dla określenia stopnia zagrożenia koni pracujących w tym mikroklimacie. Jako poziom ostrzegawczy należy przyjąć taki, gdy urządzenie WBGT wskazuje index powyżej 28.

 

• Należy podkreślić otwartość i gotowość do współpracy właścicieli koni oraz powożących, co w sposób zdecydowany podniosło liczbę i dokładność przeprowadzonych badań.

 

A jak się cała sprawa zakończyła? Otóż kilka dni temu krakowscy radni głosowali w tej sprawie. Za likwidacją konnych zaprzęgów z Rynku Głównego głosowało 13 radnych, przeciw było 20, a 4 wstrzymało się od głosu. Konie nadal wożą tam turystów, a ich praca jest nadal nadzorowana przez wybranych lekarzy weterynarii.

 

I niech tak pozostanie. Tzn. niech konie nadal pracują w dorożkach, bo po to człowiek udomowił ten gatunek, aby mu służył. Kiedyś na wojnach, a wówczas ginęli nie tylko walczący ludzie, ale także konie, a dzisiaj czy to w dorożkach, zaprzęgach sportowych czy pokazowych, czy wreszcie pod siodłem. Bo koń jest zwierzęciem, któremu ruch jest niezbędny, a praca (o ile rozsądna) nie straszna. A jeśli stopień intensywności owej pracy (jakiejkolwiek) jest ograniczony konkretnymi zapisami i kontrolowany przez fachowców, to koniom nie będzie się działa krzywda.

 

Z kolei gdyby ekoterroryści doprowadzili do tego – co nie daj Boże – że nie będziemy mogli ani jeździć na koniach, ani korzystać z ich pracy zaprzęgniętych do czegokolwiek, to koń jako gatunek zaginie. Stanie się gatunkiem zagrożonym wyginięciem, którego niedobitki będziemy mogli oglądać tylko w ZOO.

Marek Szewczyk

 

Wersja do druku Powiadom znajomego o tym artykule Utwórz .pdf
 
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Dodaj komentarz
Zasady komentowania*
Zawsze akceptuj komentarz zarejestrowanego użytkownika.
Tytuł*
Nazwa*
E-mail*
Strona www*
Treść*
Kod potwierdzający*

Kliknij tutaj, aby odświeżyć obrazek, jeśli nie jest wystarczająco czytelny.


Wpisz znaki widoczne na obrazku
Kod rozróżnia małe i wielkie litery
Liczba prób, które możesz wykonać: 5