Jeszcze o prezesie PKWK
W poprzednim tekście pt. „Populizm, populizm…” skrytykowałem Jarosława Zalewskiego z powodu wniosku, jaki złożył na ręce przewodniczącej Rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, w którym domaga się odwołania obecnego prezesa PKWK, Pawła Gocłowskiego.
Krytykowany odpowiedział dwoma wpisami (komentarzami) pod moim tekstem. Pozwolę sobie odnieść się do niektórych punktów jego wywodów, ale chciałbym zacząć ten tekst od pewnej ogólnej tezy.
Wszyscy się zgadzają, że branża wyścigów konnych w Polsce jest w postępującym regresie. Coś trzeba zrobić, aby tę sytuację zmienić na lepsze. Ale co? Kolega Zalewski uważa (a myślących podobnie jest więcej), że przyczyną całego zła jest osoba obecnego prezesa PKWK, Pawła Gocłowskiego. Jest tylko urzędnikiem bez wizji, bez charyzmy, bez pomysłów, zwłaszcza na to, jak rozreklamować wyścigi konne. Trzeba go odwołać, a sytuacja poprawi się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
To typowe myślenie życzeniowe. Podtrzymuję swoje zadanie, że to tani populizm.
A teraz przejdę do szczegółów. Kolega Zalewski napisał m.in. tak: Nazywanie wniosku o odwołanie Prezesa Pawła Gocłowskiego „populizmem” to tani chwyt retoryczny, który ma zasłonić fakt, że po prostu bronisz status quo i obecnego Prezesa.
Co do obrony status quo – mam nadzieję, że masz Jarku na myśli tylko kwestię personalną. Chyba nie uważasz, że mnie się podoba to, co się dzieje na wyścigach konnych i nie chcę żadnych zmian?
Jako absolwent Zootechniki, który przez rok stażował w Państwowej Stadninie Koni Golejewko (wówczas najlepszej w Polsce) pod ręką świetnego hodowcy śp. Macieja Świdzińskiego, a potem bywał regularnie na służewieckim torze i pisywał o wyścigach do „Konia Polskiego”, jestem bardzo zasmucony tym, że polska hodowla koni pełnej krwi jest w stanie szczątkowym, a gonitwy na polskich torach pełnią rolę selekcyjną, ale już głównie dla koni wyhodowanych w Irlandii, Anglii, czy Francji i to tych z trzeciego czy czwartego szeregu.
Jeśli zaś chodzi o sytuację ekonomiczną branży wyścigowej, to tylko przypomnę fragment z felietonu pt. „Co można wyczytać z umowy i aneksu”:
W sumie TS zrobił dla wyścigów konnych w Polsce dużo więcej dobrego niż złego. Mimo tego dla wyścigów konnych nie ma przyszłości w Polsce. Nigdy już obroty w zakładach wzajemnych nie wzrosną do takiego poziomu, aby odpisy z nich wystarczyły i na nagrody dla właścicieli koni, i na utrzymanie obiektu.
Ani mi brat, ani swat
Jeśli zaś chodzi o Twój zarzut Jarku, że bronię obecnego prezesa PKWK. Paweł Gocłowski ani mi brat, ani swat. Ale tak, bronię go, ale tylko jako urzędnika. Bo przecież, co jasno wynika z ustawy o wyścigach konnych, prezes PKWK to urzędnik państwowy, którego powołuje inny, wyższej rangi urzędnik państwowy, czyli minister rolnictwa, i to on ma przede wszystkim prawo (i obowiązek) rozliczać swojego nominanta z tego, jak się ze swojej urzędniczej funkcji wywiązuje.
Przecież zgodziłem się z Tobą Jarku, że Paweł Gocłowski nie jest typem charyzmatycznego, rzutkiego menedżera z wizją. Czyż nie napisałem:
Oczywiście, byłoby pięknie, gdyby pojawił się ktoś, kto nie tylko by dobrze i ze znawstwem wykonywał tę urzędniczą część obowiązków prezesa PKWK (a są one same w sobie niemałe), a do tego był charyzmatycznym menedżerem z wizją, do której potrafiłby porwać nie tylko tłumy, ale przede wszystkim przekonać decydentów.
Jarku znasz taką osobę? Jeśli tak, to podaj jej nazwisko. Jeśli na horyzoncie jest ktoś, kto spełnia te wszystkie kryteria, to ja chętnie się przyłączę do kampanii na rzecz tej osoby.
Ale takie oto rozumowanie – wyrzućmy obecnego prezesa PKWK, co już samo w sobie będzie impulsem do pozytywnych zmian, bo każdy inny będzie lepszy - uważam za szkodliwe. Tryb postępowania powinien być odwrotny. Najpierw znajdźmy tego lepszego kandydata, a dopiero potem rozpocznijmy akcję, aby odwołać obecnego prezesa PKWK. A ten lepszy kandydat musi spełniać dwa warunki. Po pierwsze być na tyle powiązany ze światem wyścigów konnych lub mieć taką ich znajomość, że poradzi sobie z rolą urzędnika, który musi pilnować wypełniania 17 „zadań regulacyjno-nadzorczych”. Ktoś bez tej znajomości być może szybko się tego nauczy (np. po roku), ale w pierwszym sezonie swojego urzędowania może narobić szkód.
Po drugie jego sława charyzmatycznego menedżera z wizją, potrafiącego działać z rozmachem i znawstwem mechanizmów rynkowych, musi być dobrze udokumentowana osiągnięciami finansowymi firmy (korporacji), w której wcześniej zdziałał cuda, zwłaszcza na polu reklamy.
Kolega Zalewski napisał w swej polemice m.in. tak:
A bez promocji i rozwoju nie ma ani nowych właścicieli, ani nowych koni, ani pieniędzy.
Twoje wywody o tym, że PKWK ma tylko 10 etatów i nie ma działu promocji, są po prostu przyznaniem się do porażki obecnego kierownictwa. To nie jest usprawiedliwienie – to dowód, że Prezes Gocłowski przez dwa lata nie zbudował nawet podstawowej struktury, która mogłaby realizować ustawowy obowiązek rozwoju.
Zastanawia mnie Jarku, dlaczego Ty (obecny członek Rady PKWK), a także Twój pryncypał, Jerzy Sawka (który był wcześniej członkiem tego ciała) nie alarmowaliście środowiska wyścigowego i nie krytykowaliście poprzednich prezesów PKWK, czyli Krzysztofa Kierzka (2022-2024), czy Tomasza Chalimoniuka (2016-2022), za to, że nie stworzyli w polskim Jockey Clubie departamentu reklamy i promocji, nie zatrudnili plutonu specjalistów od pijaru i nie wydawali milionów na reklamę?
Znowu o liczbach
Kolega Zalewski stawia ponownie niezgodą z faktami tezę, że: … przez dwa lata (od kiedy rządzi Paweł Gocłowski) nie nastąpiła żadna istotna poprawa w kluczowych obszarach…
Jak się wejdzie na internetową stronę PKWK, to w zakładce PKWK, a potem w kolejnej zakładce „sezon 2025 w liczbach”, znajdziemy dane liczbowe obrazujące sytuację na polskich torach wyścigowych także na wiele sezonów do tyłu.
I tutaj zgrzyt. Bo o ile w latach 2020-2024 widać stagnację, to rok 2025 przyniósł wzrost wielu wskaźników. Nie twierdzę, że to zasługa Pawła Gocłowskiego. Jest to zapewne pochodna wielu czynników, ale upieranie się, że w ostatnich dwóch latach (czyli w latach rządów Pawła Gocłowskiego) „nie nastąpiła żadna istotna poprawa” jest po prostu kłamstwem.
Wzrost o 12,4% nastąpił w najważniejszym z ekonomicznego punktu widzenia wskaźniku – obroty w zakładach wzajemnych na trzech polskich torach łącznie wzrosły z ok. 13,8 mln zł w sezonie 2024, do ok. 15,5 mln w roku 2025. To najwięcej w ostatnich 11 sezonach.
Kolega Zalewski we fragmencie, kiedy pisze o swoich oraz Jerzego Sawki osiągnięciach na Partynicach napisał m.in. tak:
Co najważniejsze – dostarczamy do kas TRAF-u niemal 100-tysięczną publiczność rocznie. Wszystko to przekłada się na niespotykany wcześniej wzrost obrotów. Coraz częściej obroty na Partynicach dorównują tym osiąganym na Służewcu.
Co do wielkiej frekwencji publiczności na Partynicach – niewątpliwy fakt. W poprzednim tekście przyznałem, że to jest sukces duetu Jerzy Sawka oraz Jarosław Zalewski. Że ta frekwencja zaczyna się przekładać na wzrost obrotów – też fakt.
Ale ostatnie zdanie, o tym że obroty partynickie „coraz częściej dorównują tym osiąganym na Służewcu” to już wyjątkowa bezczelność. Wystarczy zestawić 1 829 778 zł we Wrocławiu z 13 170 851 zł w Warszawie.
Wrócę jeszcze do jednego wątku z mojego poprzedniego tekstu. Napisałem tam, że jak kilka lat temu, kiedy byłem na wyścigach na Partynickim torze, zachwycony dużą frekwencją publiczności, a jednocześnie zaskoczony niskimi obrotami w zakładach wzajemnych, zapytałem o tę dychotomię kolegę Zalewskiego. Jego odpowiedź, która była mniej więcej taka – co nas to jako organizatorów wyścigów obchodzi. Zakłady wzajemne przyjmuje Totalizator Sportowy i to jego zmartwienie, co robić, aby obroty były wyższe. Byłem zszokowany. Wydawało mi się (i nadal tak mi się wydaje), że każdy w jakiś sposób związany z wyścigami konnymi, powinien się martwić, co można zrobić, aby było lepiej.
Poczytać „Passę”
Dobrym przykładem niech będzie postawa redaktora Tadeusza Porębskiego. Ten warszawski dziennikarz, obecnie redaktor naczelny ursynowskiego tygodnika „Passa”, od lat jest stałym bywalcem na Służewcu. Jest też znany z krytycznego stosunku do Totalizatora Sportowego, jako spółki, która zawiaduje torem na Służewcu. Kiedy ostatnio – ku jego zaskoczeniu – został zaproszony na rozmowę przez wiceprezesa TS Szymona Gawryszczaka, nie zarzucił go poradami typu – trzeba wyrzucić tego czy tamtego, a będzie pięknie, tylko podsunął totalizatorowemu decydentowi kilka sensownych pomysłów.
Mogliśmy je poznać, gdyż podzielił się nimi w felietonach, które co tydzień zamieszcza w kierowanym przez siebie piśmie (jak wcześniej, śp. poprzedni naczelny Maciej Petruczenko).
Oto tytuł jednego z tych felietonów: „Jarmark Generalny Świętojański na Służewcu”. Red. Porębski postuluje, aby na wzór Jarmarku Dominikańskiego organizowanego w Gdańsku, który „ściąga nad Motławę dziesiątki tysięcy turystów z całej Europy”, zapoczątkować – a właściwie wznowić – tradycję Jarmarku Świętojańskiego w Warszawie, a konkretnie na Służewcu. Więcej szczegółów tego pomysłu mogą Państwo poznać w „Passie”, numer 10 z 12 marca.
Totalizator Sportowy dzierżawiący od 2008 roku tor na Służewcu od lat organizuje na nim różne duże imprezy masowe, tzw. eventy. Jest to jeden ze sposobów zarabiania, a tym samym zmniejszania strat, jakie ta firma ponosi z tytułu dzierżawienia toru oraz organizowania wyścigów i zakładów wzajemnych.
Wiemy, że w planach TS jest, aby zwiększać liczbę tych eventów, w czym przeszkadzają wyścigi konne. Jest powszechnie wiadome, że obecna pani prezes TS, Beata Stelmach, próbowała wymusić na prezesie PKWK, aby ten zgodził się na zmniejszenie liczby dni wyścigowych w sezonie 2026. Paweł Gocłowski się nie zgodził, twierdząc, że zapisana w umowie dzierżawy toru służewieckiego liczba 45 dni wyścigowych, to minimum, poniżej którego nie można zejść.
I to jest kolejny argument za tym, aby nie odwoływać Pawła Gocłowskiego z funkcji prezesa PKWK. Bo jak jego miejsce zajmie ktoś inny, to może się okazać, że życzenie władz TS będzie dla niego rozkazem. A zmniejszenie dni wyścigowych i liczby gonitw to byłoby zwiększenie kąta pochylni, po której i tak wyścigi konne nieuchronnie (moim zdaniem) zjeżdżają w otchłań niebytu.
A wracając do idei Jarmarku Świętojańskiego, idea jest warta świeczki, bo gdyby tak wielka impreza zadomowiła się na stałe na Służewcu, to jej wynik finansowy (dochód dla TS) mógłby zrównoważyć efekt wielu innych, pomniejszych eventów, dla których dni wyścigowe są konkurencją.
Innym pomysłem red. Porębskiego, którym się podzielił i z wiceprezesem TS, i z nami, jest sugestia, aby zainteresować wyścigami na Służewcu liczną w Polsce populację Wietnamczyków i Chińczyków, pod hasłem, że Azjaci mają hazard we krwi (szczegóły w „Passie” nr 8).
Kolejny pomysł – sprawić, aby powszechnym zwyczajem się stała się tako oto sytuacja, że jednego konia wyścigowego kupuje grono kilku lub nawet kilkunastu osób. Właścicielskie ciężary finansowe rozkładają się na więcej osób, a grono zainteresowanych wyścigami, którzy będą odwiedzać tor choćby tylko w te dni, kiedy będzie się ścigał ich koń, wzrośnie.
Przykład redaktora Porębskiego pokazuje, że z jednej strony można być krytycznym wobec wielu rzeczy, jakie się dzieją w polskich wyścigach konnych, ale jednocześnie starać się je wspierać sensownymi pomysłami.
Marek Szewczyk

